Javascript Menu by Deluxe-Menu.com
Poezja i proza - Portal Literacki
  Zarejestruj się Strona główna  ·  Twoje konto  ·  Wyślij tekst  


Dzieła wybrane
· Jesień /wiersz/ **
· WYJAZD DO OSTII /wiersz/* *
· REGIONAL EXPRESS /wiersz/ *
· personifikując tożsamość v.2 /wiersz/ *
· ELLA FITZGERALD WRACA DO AFRYKI /wiersz/ *

[ Dzieła wybrane ]

Nowe recenzje

· ZAHIPNOTYZOWAĆ MARIĘ, Bach Richard, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Kwiatkowska Anita
· OFIARA W ŚRODKU ZIMY, Kallentoft Mons, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Błaszkowska Alina
· MOGLIBY W KOŃCU KOGOŚ ZABIĆ, wielu autorów, Oficynka, recenzent: Żygulska Justyna
· DEWIACJA, Cook Robin, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Lipski Bartosz
· I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ, Gilbert Elizabeth, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Żygulska Justyna
· INTRUZI, Marshall Michael, Albatros, recenzent: Cichowlas Robert
· OBCY ELEMENT, Zakirov Oleg, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Kwiatkowska Anita

[ RECENZJE ]


- - www.literacka.pl - - czyli książki fabrykantów i inne

Przeszukaj stronę



ZAPRENUMERUJ
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach w Serwisie podaj swój adres e-mail.

NA FORUM
Przeszukaj forum
 
[ Index ]
Ostatnie posty

Anonimowe komentarze - 2010-09-04 09:06Anonimowe komentar...
18 NUMER CEGŁY - ZBIERAMY TEKSTY - 2010-08-25 23:1618 NUMER CEGŁY - Z...
pijawka  - 2010-08-22 21:14pijawka ...
Literatura i umysł - 2010-08-22 17:34Literatura i umysł...
Magazyn Cegła na wakacje - 2010-08-21 16:04Magazyn Cegła na w...
Szukam autora tekstów piosenek - 2010-08-19 22:14Szukam autora teks...
SATYRYCZNY PIĄTEK - 2010-08-16 22:02SATYRYCZNY PIĄTEK...
Dziekuję - 2010-08-15 23:32Dziekuję...
No to się pochwalę, można? - 2010-08-08 00:45No to się pochwalę...
Rewolucja na Rynku Wydawniczym. Artyści niezależni w cenie - 2010-08-01 16:17Rewolucja na Rynku...

Powered by: Splatt Forum V 4.4.0!


REKLAMA



WSPÓŁPRACA













Liryka: PRAJĘZYK /zbiór wierszy/ * * *
Wysłano dnia 08-11-2001 o godz. 12:55:25.

Poezja Autor: Joanna_Handerek

* * *

Coś mi ciągle przerywa
krzycząc w kuchni talerzami na alarm,
zapachem gwałtownie rozlanej herbaty,
wyciętym sercem z papieru,
opowieścią złośliwą w środku mojej
najbardziej skupionej myśli.
Coś mi ciągle się snuje,
włazi na kolana, przewraca strony,
przekręca słowa i mlaska jak dziecko
podczas jedzenia czekolady.
I nawet nocą innych okna
wchodzą mi do pokoju,
przerywają ciemność ostrą firanką,
tupią klaksony w echo bram
rozzłoszczoną nogą.
A gdy urywam zgiełk na około,
zatykam siebie jak butelkę,
dryfuję w jakiejś dziwnej pustce
i nie zakrzyczana milczę.
Coś mi ciągle przerywa,
to słowa jednej myśli
złośliwie odpychają drugą,
to ja w sobie sama przerywam ciszę,
krzyczę na kwiaty, przesuwam doniczki
i wyczekuję głosów,
które nadchodzą jak pieski
i te z ziemi i te z nieba,
obszczekując mnie zajadle,
gdy ja tak siedzę
w tym chaosie
i wycinam ptaki kolorowe
z moich myśli.
Cały tydzień trwa ta pełnia,
jak długo można stać
w tym samym miejscu i świecić.
Pytanie dzikusa, który ucieka
przed ogniem z nieba.
Irytacja człowieka, któremu
księżyc w życie zagląda.
Jak długo możne trwać
ta lustracja, to jawne odpytywanie,
jak długo śnię
i jak intensywnie marzę.
Siedem dni nieprzerwanie
przeglądam niebo w strachu
przed nocą,
szyję koszule i piżamy,
barykaduję łóżko,
obciążam kołdrę kocem
i ćwiczę sen kamienny,
lecz wszystko na nic.
Jak długo będę patrzeć
w srebrną czaszkę,
zmarszczki gwiazd
i załamania nocy.
Jutro nie wytrzymam i
zasnę.
A jeżeli on powróci
pokażę mu wreszcie
to, na co on czeka,
moją twarz
człowieka. 

* * *

Cisza to pojemnik skupienia,
kufer prababci odnaleziony na strychu
rękoma samotności.
Cisza to noc
w której szeleszczą kamienie,
ocierając mór o mór,
stropy o sufit tajemnicy.
Cisza rozlewa się wokół
mojej głowy, ciała wspomnień,
rąk przeszłych gestów,
oczu dawnych zdarzeń.
Gdy psy szczekają
za oknem gwiazd
zasuwam dniem okna.
Przejrzystość powietrza
uderza mnie wówczas
jak nastrojona orkiestra.
I wszystko w szumie i szepcie
odgrywa mi symfonię życia.


* * *

Materiał opięty na duszy,
mokre szaty posągu przeznaczenia.
Za ciasne ubrania myśli,
proza domaga się swego
kontynuowania. Myśl przecinków,
gdy tną równo ułożone
surduty i suknie balowe,
tych, co zapomnieli
bukietów i księżyca,
śpiąc na szali swego przeznaczenia.
Przyczaić się cichutko,
gdy stoisz za oknem,
z błyskiem świata w oku.
Zatopić się pomalutku,
gdy pukają natarczywie,
a ja nie wiem
czy po mnie, czy po moje myśli.
Zagubić się leciutko,
gdy natłok głów na ulicach.
Na palcach, skrycie pod parasolem,
żeby nikt nie dojrzał
tamtego świata we mnie,
choć ja już ... a
to całkiem inna historia.
dla Karola


* * *

Trzy kobiety,
jedna w drugą przenika
wchodząc w życie
z kolejno ułożonymi kartami,
spokojnie rozwieszając
pajęczyny myśli
na swych kątach i walizkach,
pozostawiając innych
na zewnątrz swojej tajemnicy.
Trzy kobiety:
siła, wytrwałość i spełnienie.
Tańczą między świecami
wymykając się przed strachem świata,
dotykając lodu, płomienia i ziemi.
Tak różne, jak różny
może być ten sam człowiek
przed sobą i przed innymi.
tak podobne, jak podobna
może być linia życia i śmierci
jak podobny mogą być dni
modlitwy i kszyku niedowierzania.
Tak stare jak zmarszczki jednej,
doświadczenie drugiej
i nadzieja trzeciej.
Trzy kobiety jak instrumenty
żyjące przemijaniem i trwaniem
wiecznego głosu w sobie.


* * *

Nasłuchuję. Cały czas trwam
w napięciu moich zmysłów,
natężeniu skupienia.
Wyczuwam najmniejsze drgnienie
głosu zza ściany,
szeptu z drugiego pokoju.
Siedzę oparta o krzesło jak sowa,
zakneblowana światłem lampy,
szelestem otaczającej mnie chwili.
Kulę się i chowam
przed dźwiękiem ostrym w progu,
który mnie zaatakował
pukaniem i głosem.
Nasłuchuje. Cały czas uważnie
by rozróżnić kroki
tego co przychodzi
od tego co odchodzi,
by wydobyć z przestrzeni
nieistotny śmiech
i płacz ciężki,
by rozpoznać kiedy mam wstać
i rozpocząć rozmowę
z tym, co naprzeciw.


* * *

Świeczkę pozostawiłam ci w oknie,
jak w oczach łzy nie wygasłe.
Uchyliłam ci drzwi moje,
twarz kołatki obracając na północ.
Pochyliłam myśli nad tobą,
by ci schody wyrównać moim strudzeniem.
I czekam, choć nie wiem kim jesteś
i jakie masz znaczenie.
Nie znam twojego istnienia
chociaż na ścianie mam wyryte
twoje znaki.
Nie znam twojego rodzaju,
ani twojego głosu,
tylko co rano wypaloną świeczkę
wymieniam na nową nadzieję,
zaczaśnięte przez wiatr i zimę
drzwi, otwieram moją tęsknotą.
Tych którzy czasem tu przyjdą
witam twarzą człowieka
lub łagodnego zwierzęcia.
A gdy nadejdziesz odczytam
napis pozostawiony dla mnie,
pozbieram wosk
zastygły na parapecie,
zamknę drzwi moim spojrzeniem
i będę już znała ciebie
jako kogoś kto tu przychodzi
z moją twarzą,
po całym dniu życia
przebieganym niespokojnie.


* * *

Pukam do drzwi, a tu cisza.
Nikt nie odpowiada na moje wezwanie,
chociaż tam w środku dobrze wiedzą
jak palce mam słabe.
Stoję pod oknem i wołam,
odpowiada mi tylko szeptem zasłona
a balkon skrzypi krokami zimy.
Czekam, gdy ludzie wychodzą
na spacer z psami,
niedbale przechodząc koło mnie, jak drzewa.
W domu naprzeciwko jest ciemno.
Ściany wychylają balkonami
ręce do siebie.
Okna mrużą oczy okiennicami
jak człowiek zaatakowany mrozem lub słońcem.
Dach ucieka dachówkami w niebo
przed milczeniem zastygłym w środku,
tak jak przed bólem ucieka człowiek
zabijając go kolorowymi pigułkami.
Pukam do drzwi, nikt mi nie odpowiada.
Wołam w okna, milczenie bije mnie w usta.
Udaje, że czekam cierpliwie,
lecz moje ciało zna dobrze mój niepokój
Stoję naprzeciwko domu,
który był kiedyś moim spełnieniem.
Od kiedy wyszłam
świat mnie porwał jak morze
zgubiony pantofel
i teraz nie mogę dopłynąć
do pierwotnego spokoju,
i teraz się boję, że pozostawione tam rzeczy
miały wartość największą.
Dlatego stoję i czekam pomimo niepokoju,
może drzwi się otworzą i odnajdę
mój kompas.


Wiersz dla Masi

To wielka historia
wirowała nami mgłą.
gdy w zakręceniu
obrazów i deszczu,
przez jeszcze jeden most,
bez końca, na drugą
stronę świata.
Nikt nie zrozumie,
że można tak bezpodstawnie
cieszyć się i moknąć,
gdy niepewność dni,
a pewność drogi,
która przed nami,
chowa i ujawnia
w starych murach znaczenia.
Świat się kręci
w niezliczonych historiach,
gdy wieczny poniedziałek
puka w nasz wieczór,
który nie potrzebuje
sławy, kochanków,
ani pewnego jutra.


* * *

Uczucia drżą w kartkach,
które wcale nie ogień,
a blask myślenia chowają.
Jednak przenika żal
za tym, co stracone,
gdy rozumowy spokój
stygnie pozorem
w rozpalonych okładkach.
To co stracone
daje nam wiarę,
że było piękne,
choćby z wnętrza
płynęły myśli
o straconych nadziejach
wyciągniętej ręki
po list Abelarda.


* * *

Płaczę nad poduszką kamieni
słowami określając bezład.
Mgły i spacery nie gaszą
gestów i pominiętych spojrzeń.
Ludzie czasami oglądają magików
i śnią o micie połówek
zamknięci w trybach
przyswojonej codzienności.
Płaczę nad książką wyrzutów
porwana przez jedną z magii,
zamykam drzwi do mieszkania
uciekając iluzji
uczuć i myślenia.


* * *

Mam czerwone oko pod stołem.
Baczna obserwacja anioła
gdy myśli prześlizgują się
w stronę światła,
a ja ponownie wietrzę tajemnice
w progu napotkanego słowa.


* * *

Wycinają domy
dachówka po dachówce.
Przecinają balkony,
równo pocięte sortują
ściany i stropy.
Wykopują piwnice,
by ściany nie odrosły.
Koty wystraszone
wyskakują wprost
w ich światło.
Zabijają miasto
bogowie bez prawa,
rozbawionej Fortunie
pokazując
ostatnie stopnie
w stronę lasu.


* * *

Wieczory szalone
to tylko z tobą,
nocą przechodząc w stronę dnia.
Układy świetliste,
to tylko z tobą,
gdy tapeta obłazi
w zgęstniały światłem mur.
Mowy poranne
to tylko z tobą,
gdy budzik brzęczy
w wyrzuty sumienia.
Mowy mydlane
to tylko
po.
I razem
w świt, noc,
gdy świat przerzuca
nad głową pejzaże
tego co piękne i tego co złe.
Dni codzienne
to tylko z tobą,
po zorze niezwykłe i myśli przebiegłe,
życie zwyczajne i noce tajemne,
blaski i cienie
tańczące,
gdy tylko z tobą
odkrywam od lat
to samo miejsce.


* * *

Prajęzyk jest milczeniem,
światłem naszym w którym umieramy.
Słowa kapią wolno w cisze,
kałuże, oceany
falujące pustką.
Prajęzyk czeka poza czasem
i naszym poszukiwaniem
początkiem nim w gardle
zadrgały struny złudzenia.


* * *

Z kim rozmawiać o cudach,
gdy wszyscy dawno temu wyszli
podziwiać gwiazdy
po drugiej stronie nieba.
Z kim się kochać,
gdy wszystkie karty
od lat po rozrzucane
i nikt nie widzi śladów przeznaczenia.
Z kim spacerować,
gdy każdy myli strony
mijając pospiesznie
godziny północy.
Na wietrze powoli
by włosy czesały powietrze,
z dala od zmarłych nadmiarem świata,
w swym zapomnieniu i ślepej pamięci
dochodzić do brzegu
godziny świata i myśli
może boskich....


* * *

Każdy ma takie sny, na jakie zasługuje.
Słuchajcie, słuchajcie, sny są nieważne!
Nieważne są płomienie i głowa ciężka!
Słuchajcie szaleńców, bo w każdym z was
sen przyczajony zamyka drzwi
przed światem zewnętrznym.
Słuchajcie, słuchajcie tego, czego się boicie!
Może za jakiś czas wasze dusze
będą wam wdzięczne,
że w oczach i uszach
wynosicie je w świat bezkresny.


* * *

Nie mów dobranoc,
gdy jeszcze nie czas
i noc nie mija.
Nie mów dzień dobry,
gdy jeszcze cię nie ma,
a dzień życia nie zna.
Nie pytaj gdzie jestem,
nie szukaj mnie.
Przegraliśmy oboje
naszą miłość.


* * *

Zęby świata - aberracja pierwszego stopnia.
Miłość zapomina, o ile nie jest mitem,
dlatego ludzie idą prosto.
Świat jest piękny, gdy wgryza się
weń stuletnie oko.
Kości świata - życzenie najgorliwsze.
Milczymy patrząc w niebo,
gdy ziemia cierpliwie na nas czeka.


* * *

Czym jest miłość,
czym termin bez pokrycia
i weksel słów
założony na nasze dusze?
Czym jest wybaczenie
i czym oddech,
gdy serce przyspiesza
nasze słowa i gesty?
Czym jest rozmowa
w braniu i dawaniu
odpowiedzi?
zapełnianiem w ciszy
odległych gestów
i niewyraźnych szelestów
przyjaźni.


* * *

W nocy. Z oddali
kochani, nienawidzeni, podziwiani.
W dzień. Z bliska
myśli zaprzątają inaczej,
chociaż męczą i istnieją tak samo.
W samym środku nas
jak w ziemi, gdy wszystko przemija
i słowa znaczą już inaczej
i kroki w inną stronę,
i trop przeznaczenia,
które zgubiono
zaszywamy rozdarte na pół
szepty nocy
i bicie serca.


* * *

Bóg jest nocą,
Bóg jest snem i drogą.
Boga nie ma
tak jak nie ma nas
i tak jak jesteśmy
w innych.
Bóg jest symbolem
podążania
na spotkanie siebie.


* * *

Święta nie wierzą same w siebie.
Czas gęstniejący w byciu razem,
zwłaszcza tym, którzy nie kochają.
Miejsce zastygłe od lat dzieciństwem,
mieszczące w sobie naszą starość.
Święta nie dają ukojenia
śmiechem gwiazd i zapachem ciszy,
przynosząc samotność, wspomnienia,
odłamki szczęścia i niedokończenie
naszego świata.


* * *

Bóg jest bezosobowy,
tak jak język i milczenie.
Męskie i żeńskie
przeplata się w nas
czyniąc z niedokończonego
określone.
Boskie słowa docierają
do otwartych na wszystko
dwuznacznych jak oddech,
który kończy i zaczyna
niepełne ramy ciała.


* * *

Trwoga którą mi dajesz
w swoim spojrzeniu
i niewzruszonej przeszłości
jest moim znakiem,
który w drżeniu rąk zamykam.
Nie myślę już o tym,
że strach mam pod skórą.
Kupiłam ci spokój
moim milczeniem,
przekonałam ciszę,
by trwała tak pomiędzy nami,
do czasu gdy przepłyną
wiatry i morza
i znów będę mogła
oddać ci twą trwogę.


* * *

Przechodzę z pokoju w korytarz
z korytarza do pokoju.
Irytuję okna, ściskam ręce klamek
przedłużając uścisk drzwi.
Nic tu nie pomaga, gdy szepczą
ściany do siebie, a woda,
wypuszczona z czajnika,
przekracza granice gościnności filiżanek.
Cała jestem skupieniem,
bo wiem, że dzisiaj ma zapaść
kolejny werdykt świata.
Gdy zostanie odczytany,
natychmiast zbiegnę po schodach,
by znaleźć w śmietniku
tę gwiazdę wyrzuconą z nieba,
zbyt połamaną by świeciła nadal.
Potem zamknę się w pokoju,
nakarmię bezbarwną już staruszkę
i dołączę ją do moich
odpadów świata:
kolekcji chwil szczęśliwych,
potłuczonej porcelany,
i pomarszczonych papierowych gwiazdek.


* * *

Chcę ciebie, nie chcę ciebie.
Chcę być sama, nie chcę być sama.
Wychodzę i zamykam drzwi,
by zaraz uciec do mojego mieszkania.
Chcę wyjść, chcę zostać.
Chcę być, nie chcę być.
Przebieram nogami bezsilnie
na widok zegara.
Poruszam rękoma niezgrabnie.
Boję się tego niepokoju,
gdy otwieram drzwi i widzę,
że na korytarzu jest znowu
dziewiąta rano,
a tramwaje leniwie
jadą do centrum.


Zagadka

Przepraszam, lecz muszę
jeszcze raz was obudzić.
Wiem, że jest środek nocy
i nawet pies sąsiada
milczy taktownie.
Ale to nagła eksplozja,
wyrwane ze snu
szerokim otwarciem powiek
oczy.
Ale to nagły huk.
Ja wiem, to jest
trzecia w nocy,
trzecia dwadzieścia.
Lecz muszę was dotknąć
moim marzeniem,
moją nadzieją.
Teraz możecie usnąć spokojnie,
będę milczeć
w moją poduszkę
szepcząc.
Przepraszam,
to było silniejsze
ode mnie.


Kobieta

Mam wreszcie tylko dla siebie
mnie samą.
Przejrzystość obrazu, który sobie
wybieram do patrzenia.
Mam moje własne pokoje
jak ciało
ubrane w przeżycia i chwile.
Stoję w oknie mojej głowy
czując zapach fajki.
Kroki które odchodzą
nie przynoszą dla mnie
dobrej ani złej wiadomości.
Mam moje skrzydła,
pocerowane staranie
i wybielałe od nowa.
Mam wreszcie tylko dla siebie
mnie samą i spokój,
odkąd zaczęłam kochać
nie ciebie
lecz siebie.


Kasanowa

Sztuczny Kasanowa,
utworzony przez reklamę
pigułek na impotencję.
Napina się i stroszy
w swe muskuły
i maskę czułości.
Kocha lalkę,
przeżywa rozkosz
ze swym spojrzeniem.
Sztuczna miłość,
gdy na pokaz
przekręcają ręce
w umownym znaku.
Niewłaściwa stylizacja
i za ciasne obrączki.
Zresztą to nieważne.
Ludzie wiedzą swoje,
a w życiu
nikt zasad marketingu
i tak nie przestrzega.


* * *

Trójka, płaszczyzna figury
rozciągniętej w przestrzeni,
na skrzyżowaniu dróg
i linii tramwajowych.
Poprzegradzany objęciami
linii prostych środek
martwe pole.
Trzy punkty to środek
wszechświata,
tymczasowo wybrany
przez nasze spotkanie.
Będzie on częścią naszej tajemnicy
gdzie, kiedy
i po której stronie serca.
Będzie on naszym wspomnieniem
z brzmieniem twoich kroków
i rytmem mojego serca.
Nikt się nigdy nie dowie,
że było w nas tyle siebie.
Wyliczanka została skończona,
gdy ktoś inny
przerwał nasze kontury.
A ja ci nigdy nie powiem
jak długo stałam jeszcze
w tym środku
naszego wszechświatu,
którego mury zburzył
nagły przyjazd tramwaju.
Słowo otwiera w nas strukturę świata,
gdy nasze ręce kroją chleb,
tak spokojnie jakby nie wiedziały,
że okrutny język tak samo kroi świat na kawałki.
Nazwa, znak zapisany,
wymówiony dźwięk w butnym przekonaniu,
że oto dokonaliśmy cudu
nazwą ożywiając przedmiot.
Język, którym zagłuszamy ciszę,
to nasz najdumniejszy produkt,
obelisk z którego wykrzykujemy
naszej pewności i panowaniu.
Tymczasem ci którzy milczą:
pokorne meble, zawstydzone rośliny,
pogwizdujące ptaki i milczące zwierzęta
patrzą na nas z ukrycia,
gdy jeden z nas wygraża drugiemu
czym tego tamten zrozumieć nie umie.
A gdy niebo, otwiera się nad nami
szklanym okiem cyklopa,
wzruszamy ramionami obojętnie,
tracąc najpiękniejszy widok
rozlanej po niebie ciszy i spokoju.


* * *

Świat jest pełen aniołów, demonów i ludzi.
W nas przepływają skrzydła granatu i złota.
W człowieku mówi anioł,
z aniołem w wietrze szepczą demony.
Świat jest pełen bałaganu,
gdy w myślach i powietrzu
wirują skrzydła i ramiona bólu.
To czuję ja połamany anioł,
demon bez konfirmacji,
ukryty człowiek na dnie duszy.


* * *

Granatowe rydwany słońca
zaprzęgnięte w znaki zodiaku.
Matowa głowa wplątana w złoty ogon.
Drżące muzyką ręce
w chwili ostatecznego przesilenia.


* * *

Sepią i błękitem w kolory
twoich rąk.
Będziesz pierwsza i ostatnia
dotykając sekretu
popękanego płótnem
świata.


* * *

Moje niebieskie anioły,
ornamenty mechanicznie połamanych szat.
Moje hufce skrzydeł,
rozpostarte logiczną konsekwencją muzyki.
Moje ludzkie i boskie powroty
w złote ołtarze świata i dnia.


* * *

Nie pytaj dokąd idziemy,
weź mnie za rękę.
Sen jest w drodze i w śmierci,
a życie samo szuka zaślepionych.


* * *

Jestem trwogą,
choć ukryją mnie w dłoniach.
Jestem czekaniem,
choć nikt nie odchodzi.
Jestem sową.
W nocy płynę
w światła dni
i połykam przyczajone słowa.


* * *

Weszłaś do mojego ogrodu.
Nie wiem, kto cię tu wpuścił?
Nie wiem, co sama tu robię
Nie wiem.
Weszłam do cudzej głowy,
by tam zbierać róże,
nie dla mnie,
nie dla ciebie.
Weszłam, tak jak cienie
zachodu.
Weszłaś, tak jak blaski
wschodu.
Przepłynęłaś myślami
do mojego istnienia,
w drogi,
ogrody
i ślady przemijania.


* * *

Co mogę zrobić by uratować ciebie?
Biegnąc w światła drapieżnie roziskrzonych
twoich oczu.
Co mogę?
Gdy nie słuchasz, nie patrzysz, nie czujesz.
Co mogę, poza sobą i paru słowami?
I wiarą, wiarą w to, o czym inni
zapomnieli.


* * *

Śnieg jak ból,
słońce jak pragnienie.
Krople świata na czole
jak zwiastowanie.
Promień we mnie
jak słowa,
księżyc we mnie
jak czas,
Odejście i przyjście
we mnie
jak świat,
jak świat.


* * *

Pokaż mi swoje dłonie, poprzecinane zmarszczkami życia.
Pokaż mi swoje przeznaczenie, wyryte w kartach drżenia.
Nic nie zmienię, tylko lekko uderzę w twoje istnienie,
wchodząc bezwiednie w drogi dłoni.


* * *

Głodne myśli pozostawione na uwięzi,
praca zapełniająca stronnice.
Życie z mozołem przedziera się
do świadomości.
Rozpuszczone na wiatr myśli
marnują ostateczność i wieczność.
Umysły to otwarte więzienia
naszej przyziemności.


* * *

Dokąd idziesz Rachelo?
W niebie zabrakło miejsca,
nie starczy dla nas.
Musimy tańczyć tu
po samotnej stronie serca.

Kobieta z niezapominajką,
chodząca we śnie.

Była jak pusta rzeka
wypłukana w meandrach
swojego istnienia.
Mosty przyszłości i przeszłości
waliły się w niej.
Zapominała.
Tylko twarze swych gości
pamiętała jeszcze,
i że należy wstawać, i kłaść się
tak jak każe doba.
Tylko jej uszy
poprzez szum fal zapomnienia
tkały nitki pamięci.
Była pustą rzeką,
która czekała na potop i arkę Noego.


* * *

Smutny głos matki,
wesołe rozmowy ludzi na
przeciwko.
Telefon zamyka oczy.
Tylko przypominanie,
odpominanie,
projektowanie.
Gdy wciska się w nas
zimno
jestem małą dziewczynką,
wydaną na pastwę
siebie.
"Wszystkiego najlepszego
mamo."


* * *

Pogarda dla świata
stwarza bariery
przed chaosem.
Ręce męczą się
stawiając wymagania
coraz wyższym murom.


* * *

Umieram na nowo
w ciszy, która się skrapla.
Rzęsisty deszcz światła
przerywa opary wieczoru.
Uśmiech rozwiewa
duszność
Kontestatorzy bez przyczyny
rozgromieni
przez jeden gest życzliwości,
przyjaźni bez
powodu.


* * *

Zatrzymaj się!
przecież ty nie umiesz chodzić!
Nakręcony mechanizm.
Nie wiem tylko
czy to człowiek
czy lalka.
Syndrom życia
do póki
nie wyczerpie
potrzeby
istnienia.


* * *

To jeszcze nie koniec
anonimowy poeto.
Zdziwiony malarzu,
że anioł rusza skrzydłem,
a inny twoim pędzlem
domalowywuje lot
mu wieczny.


* * *

W deszczu, na koniec świata,
położony tak blisko, że aż parzy stopy,
by dojść jak najpiękniej w strugach świateł
przejeżdżających z naprzeciwka słowami.
I jeszcze widok jak morze
falujący dobrze znaną tajemnicą.
W zadziwieniu, że można iść i nie moknąć,
gdy całe miasto chowa się pod powiekami,
a ja na przekór schnę od rozmów
i końca świata tamtej drogi.


* * *

Ludzie mieszkają w wieżowcach
własnych osiągnięć i pragnienia.
Dążące marzenia nie osiągające niczego,
w szybach i lustrach
siedem tysięcy razy rozbitych.
Tytanik musiał zatonąć,
jak wieża Babel.
Mrówcza robota
naszej doskonałości,
na glinianych nogach.


* * *

Złamanie konieczności
w gałęzi krzewu,
trawa rosnąca
przekorom istnienia,
przypadki życia
zatopione w codzienności.


* * *

Coś się wydarzyło,
co miało nie istnieć.
Dopalające się świece
i jeszcze jasne myśli.
Coś się wydarzyło
nieuchwytność
w momencie
przemijania.


* * *

Możemy spróbować razem
rozmawiać, trwać, kochać.
Możemy spróbować osobno
budować, przedstawiać, myśleć.
Możemy spróbować odszukać
mit utraconych połówek,
lub łamać zasady świata.
Możemy tak wiele,
pomimo upominającego się o nas
chaosu świata i samotności nas samych.


* * *

Zamieniam się w starą kobietę.
Podpisuję kontrakt z czasem,
który pochłonie moją twarz,
pozostawiając mi tylko
myśli i pragnienia.
Zamieniam się w siebie
przedstawiając życiu moją cenę
własnego istnienia i paru
jeszcze nieuformowanych myśli.


* * *

Teraz miasto naprawdę śpi,
teraz ja naprawdę oddycham,
teraz naprawdę kamienie żyją.
Teraz.
Czym jest teraźniejszość?
To nasza nieskończona
w słowach i gestach
wieczność.


* * *

Uwaga!
Prawdziwe istnienie.
Uwaga!
Zbuntowany człowiek.
Uwaga!
Kobieta z tajemnicą.
Uwaga!
Czarownica, która nie spłonie
na stosie obłudy.


* * *

Jestem sobie aniołek.
Siedzę na brzegu łóżka
nie wiem czyjego.
Ten człowiek chyba gdzieś poszedł,
albo może umarł?
Chyba miałem coś tu zrobić,
ale nic nie pamiętam.
Wiem, że dostałem płeć i skrzydła,
lecz co z tym, tu na ziemi
można zrobić?
Siedzę sobie,
poprzednio gdy tak czekałem
ktoś przyszedł i machnął na mnie ręką.
Nie wiem dlaczego
wszyscy potem krzyczeli,
nie mam już zresztą przez to aureoli.
I dobrze.
Może znowuż ktoś przyjdzie,
a potem odbiorą mi skrzydła.
Ach, jak dobrze by było
nie mieć skrzydeł,
na pewno nie musiałbym tak siedzieć
z wyrzutami sumienia,
że znowuż czegoś nie zrobiłem.


* * *

Ma na głowie życie i pojęcia,
współczesny filozof
bez wsparcia systemów i dogmatów.
Ma przed sobą wielkie przestrzenie,
pejzaże myśli i kręgi rozmowy.
Jest architektem i przewodnikiem
w świecie, w którym wszyscy zadają pytania,
ale nikt nie pyta.
Miał na głowie tysiące spraw
tkwiąc mocno we własnym i w innych życiu.
Wkraczając bezustannie w dobro lub zło,
szukał w teraźniejszości przeszłość i przyszłość.
Z uwagą przyjmując każdego, kto stanie przed nim
pokazując zagubionym pytania i próby odpowiedzi.
Każde słowo zatrzymywał w sobie milczeniem
szlifując w dłoniach misterne znaki i znaczenie.
I chociaż tylu obok niego biegło z niezrozumienia
w krzyczące zaślepienie,
on spokojnie szedł trzymając córunię za rękę.


* * *

Nie śmiejcie się z poranionego światłem księżyca,
gdy twarz wykrzywia w stronę niewidzialnych gwiazd.
Nie płaczcie nad kalekim z kulawymi myślami,
gdy kuśtyka przez korytarze idei.
Nie porządkujcie bałaganu, który wyrósł wam nagle
w poukładanym życiu.
Nie bójcie się gdy sny nie kończą się na jawie,
a rzeczywistość rozmywa swe kontury
jak lato barwy świata.
Nie bójcie się własnej twarzy,
choć nie wiecie co znaczy każda jej,
nawet jeszcze ukryta, zmarszczka.


* * *

Abraksas,
jesteś tajemnicą.
Niepoznawalny,
jesteś nocą.
Niewiadomy,
jesteś bogiem.
Dawny,
to już całe galaktyki lat
odkąd jesteś człowiekiem.


* * *

Szare pomarszczone chmury
wiszą nad nami
z bandażami na ustach.
Zrywanie ciszy boli
po każdym uderzeniu rozmowy,
a jednak pod lustrzanym niebem
naszych odbić
rozgrywamy rozmowy.


* * *

Łzy na dnie, wrzucone zamiast cytryny,
bez lodu, bez finezji,
prostacko w dymie papierosów
i obok wielkich
nie przemyślanych do końca słów.
Uśmiech nad szklanym pejzażem
wypełniony po brzegi
nienasyceniem i przełamaniem rozmowy.
Gest ręki i kroki w przeciwności
pozostają, gdy zaczyna się poranek
taki sam od początku świata
i kończy się noc
wciąż w nas ta sama.


* * *

Gdyby ciebie nie było,
nie biegła bym tak szybko.
Może myśli zaplątałby
kto inny.
Może dni rozsypałyby
słowa.
Ale jesteś
napędzając zdarzenia,
gwałtownie,
strona za stroną,
wkładając w moje ręce
coraz więcej
i coraz bardziej
skomplikowanym pismem.
Dla M.M.B.


* * *

Jeszcze nie jest moje,
chociaż rozpostarte na szybie.
Jeszcze nie poznałam,
chociaż słyszę krople
spadające na stół.
Jeszcze nie jest moje,
chociaż głowę już wystawiłam
w jego obręcz.
Jeszcze nie lecę,
chociaż mam w ustach
pełno wilgotnego dymu.


* * *

Duży człowiek,
rozpostarty w ramionach powietrza.
Wielkie słowa,
przerastające wysoko sklepione podniebienia.
Ważne zdarzenia
zawarte w papilarnej chwili skinienia.


* * *

Kot i człowiek.
Oko i oko.
Nos w nos.
Pyszczek zrobiony
na zawołanie ręki
i uśmiech dla innych
żeby nie wyczuli
jak boli
oczekiwanie.


* * *

Zdjęcia, których się nigdy nie opłakało
jak nie wysłane listy
żeglują regularnie z powrotem
do zaciśniętej krtani.
Gesty, których się nie wykonało
i pocałunki bez czucia
jak marzenia zawinięte w pieluchy
tyle, że innych już dzieci
i słowa nie dokończone
pośrodku raptownego
uderzenia nocy,
lecz przy innych zasłonach,
i trwanie po przemijanie
z wbitymi stopami
w środek targowiska ziemi.
Kupić i sprzedać
tyle, że wspomnienia powrócą
niespłaconym długiem
każdego oddechu.


* * *

Przepraszam cię Izaaku,
że nie widzę wyciągniętej ręki
i za krzyki w środku nocy
pod cudzym oknem.
Przepraszam cię kochanku
za zostawiony brak wiadomości
i łzy do rana.
Przepraszam siebie małą
za każde źle wyrośnięte słowo
i rozdroża.


* * *

Czy na więcej ciebie nie stać?
Tylko głupie schematy
i powtarzające się imiona.
Czy więcej ciebie nie ma
tylko tych parę dróg
i zagubionych skrzyżowań.
Czy może w wszystko
wygląda inaczej
tylko moje oczy
powtarzają dawno spotkane
gesty.


* * *

Palenie papierosów
powoduje
raka.
Palenie świata
powoduje
pustkę.
Palenie sumienia
powoduje
samotność.
Palenie człowieka
powoduje
mgłę.


* * *

Powrót do pozamykanych okien.
Oto jestem monadą,
więc nic mi nie zrobisz,
nawet mechanizm
jak w zegarku, dobrze zaplanowany
nie zrani mojej stopy ani duszy.
Więc nie stój,
gdy zasłaniane są szczelnie żaluzje.
Okna i głowa mają to, co chciały,
dusza i serce wyjechały na wakacje,
tylko ciało siedzi w środku,
przy świecach, bo wyłączono prąd
i kontempluje
jak stukają w szyby wspomnienia.


* * *

"Ty ze mną nie rozmawiasz"
więc unoszę brwi i słucham,
"Ty ze mną nie siedzisz tu przy stole"
więc siadam w kuchni na podłodze
i czekam na słowa z zewnątrz.
"Ty ze mną nie jesz kolacji"
więc zapalam papierosa
i już nie tłumaczę, że tyle, że ja...
tylko spokojnie,
tylko bezpiecznie,
jestem....


* * *

Otwieram jedno oko:
życie nie przeraża.
Drugie oko:
świat łagodny o poranku.
Otwieram usta:
powietrze ma smak
codzienności.
Termofor już nie grzeje,
zastępują go myśli,
gdy już otwieram i biegnę
w spokój rozpostarty
za moim oknem.


* * *

Pozwolić sobie i innym
na codzienne rozmowy,
zwyczajne problemy
i monotonne sprzątanie mieszkania.
Pozwolić sobie i innym
na odrobinę głupoty,
bezmyślne spacery
i łzy bezradności.
Pogodzić siebie i innych
w nieustannych bitwach
o rację i znak zapytania.
Nie krzycząc, nie biegnąc
wolno.
I tak nie rozstrzygniemy.
Po prostu
pozwolić...


* * *

Dzisiaj mogę znowu od nowa,
jeszcze raz rozłożyć karty.
Tu wychodzi płowa księżniczka
jak lwica,
a tu filozofia skłócona
ze mną i ze światem.
To są moje wróżby
prawie bez przyszłości
z odrobiną wiary.
Do jutra wywietrzeją
pozostawiając na stole
ślady pazurów
i rozmazane słowa.


* * *

Pobudka w nowym państwie.
Ciało odrobinę przytyło
wyznaczając odmienne granice.
Umysł się gdzieś zabłąkał
w ogólnym podziale chaosu.
Nowi i starzy królowie
grają kłócąc się nieodmiennie
o te same reguły.
Pobudka. Musztra. Niesubordynacja.
Pozostaje w poduszki wtulona,
o parę centymetrów i myśli...
i tak co roku, co dnia
w niedokończony sposób.


* * *

Jeszcze raz stał z mahoniową laseczką
o wygiętej jak brzoza rączce.
W jednej ręce trzymał kapelusz w drugiej szal
ekstrawagancja, by poczuć smak powietrza.
Nad wodą wielką i czystą
w elegancko skrojonym surducie
i oczach pełnych pejzażem
płynął i płynął i płynął
w krainę niedościgłych swych marzeń.


* * *

Bawisz się jak zapałką:
złamie się czy spali?
Układasz kamienie na
stos pogrzebowy i stół weselny.
Potem kupujesz buty,
szafę, koszulę niebieską,
dwie płyty i rondel,
który wkrótce przypalisz.
Rok za rokiem zmywasz
ręce
i coraz bardziej wycierasz
duszę.
Rok za rokiem.


* * *

Kamień toczy się wolno,
bardzo wolno
z tej strony siebie.
Kamień toczy się zimno,
bardzo zimno
z tej rozpalonej gorączką.
Kamień unosi się wysoko,
bardzo wysoko,
jak na niskie stropy
i znika
powalony człowiekiem.


* * *

kamienny ptak
wykruszony przeszłością
skruszony,
skruszały,
pożarty po same pióra
pawich wspomnień,
kamienny ptak
rzygający wodą.


* * *

Przytrzymaj się stołu!
Dobrze jest mieć
coś poręcznego, stałego.
Szufladę ze zdjęciami,
szafę z wieszakami.
Dobrze móc się wspierać
o ściany i krzesła.
Dobrze nie móc wyfrunąć.
Przytrzymaj się
póki jeszcze możesz.


* * *

Cała cudowna galaktyka
odpłynęła wczoraj do kosza.
Astralny wyrzut sumienia.
I pomyśleć tyle się nie wydarzy,
przejdzie obok,
pomimo pomyślnej prognozy pogody.
Cały cudowny dzień
w jednym wspomnieniu
wyleciał mi z głowy.


* * *

Jesteś królową
i śmiejesz się tak pięknie
pomiędzy Ty i Ty.
Jesteś Helenom
oszukaną przez świat
między krokiem a stopą.
Jesteś sobą
pomimo skaleczonego palca
i białej stopy.
Wciąż jesteś sobą.


* * *

Jak dobrze żeś przyszła o poranku,
gdy jeszcze spałam,
palcami nie dotykając,
ustami nie oddychając.
Stałaś nade mną
z jedwabną koszulą i
kamienną pomarańczą,
gdy już odnalazłam ciężar poduszki.
Położyłaś mi na plecach rękę
jak słowa,
wiersze,
oddech,
gdy już widziałam
białe,
szeleszczące stopnie.


* * *

Gdy Szymon Mag wyruszył zapadły się promienie.
Lęk ogarniał Szymona płaszcz i dłonie.
Prometeusz przykuty nie pytał do czego ogień.
Helena stała się tak brzydka jak tylko mogła.
A Szymon szedł, przez cały ten czas. Pomimo.
Każdym krokiem przybliżając nas i oddając od i do nieba.


* * *

Jeszcze jeden łyk.
Pokarm przełykany
bezdźwięcznie, z mlaskotem,
cichym szelestem.
Już jest duży,
bardzo duży
i niepewnie unosi się
na swych nóżkach.
Uwaga! Za chwilę
wstanie
cicho, stęknąwszy,
bezszelestnie
w upadek.
To takie szczęśliwe
nowe życie!


* * *

O jak mi dziwnie.
Sennie, niewyspanie
od pranocy i dni paru.
O jak mi powieki,
tak samo głowa,
lecą
w ziemię,
w dół,
prażycie,
książki.
O jak mi spojrzenie
w powietrze przeplata,
jak ręce,
kulawy drogowskaz.
Bezsenność.


* * *

Po co wypłakiwałam ci tyle łez?
Dzisiaj siedzę znów przy stole i tulipany rozchylają pąki.
Po co wybrałam ci całą zimę, płatek po płatku,
skoro już kwitnie zeszłoroczne przekwitanie?
Po co ci mamrotałam w kuchni, na schodach,
gdy drzwi przeciąg sam otwiera, w okna deszcz sam pada.
Głowę znowu chowam w twoje ręce połykając zamęt jak łzy
i ponownie, jeszcze raz od początku, czuję dotknięcie
twego ciepła.


Los

Wyłaniasz się z poza świecy. To tylko brzęczenie za oknem,
może nocy, może powrotu. Zresztą ja tu zostaje i powracam
równocześnie.
Wyłaniasz się poza mną, gdzieś w przestrzeni kuchni
gdzie grzanki naprawdę spalone, porzucono dla zgłodniałych ust
papierosa.
Pozostajesz przede mną, po części obok, w małym procencie
dookoła, gdy tymczasem inni nie czekają na moje spostrzeżenia
i odkrywają siebie.
Pozostajesz w gorzkiej kawie, bo cukier zużyty wczoraj,
gdy trzeba było ratować krzyk z depresji. Pozostajesz ze mną,
chociaż nie wiemy oboje jak długo jeszcze.


* * *

Witamy w piekle tu się żyje inaczej,
powitalne myśli salutują na cześć własnego braku,
niedostatek zaokrągli puste i tak słowa.
Uwaga na nogi - piekło czasami,
jak mały piesek, kąsa bose stopy.
Ale nie! Nie bój się!
W końcu to i tak nie ciało,
to myśli. Myśli będą obłąkane!
Witamy w piekle tu się żyje naprawdę
i tylko tę jedną wieczność.


* * *

Idę w koronkowej sukni prababci,
w marzeniach i ciemnym kapeluszu babci.
Przechodzę przez ogrodzenia
w głowie mojej mamy.
Mijam nawet siebie
tak uparcie
chce mi się żyć.


* * *

I co możesz mi powiedzieć?
Gdy pokazuję ci przeszłość.
Nie kłam. Nie znasz przyszłości.
Ledwie poruszasz się po teraźniejszości,
nawet nie możesz rozpoznać mnie w tłumie.
Więc co możesz mi powiedzieć?
Tak. Białe i czarne
tyle wie każdy.


* * *

Nie, wyraźnie widzę, spod oczu twoich
uciekający krajobraz, z ust twoich
pogubione słowa.
Rozrzucone myśli kolekcjoner
rzeczy nieistotnych, nie przekazuje
od dawna
do mej rozebranej głowy.
Ściemnia się powietrze.
Zaciemnienie.
Tyle ważnych wyrazów,
wykradziony czas
i spuchnięte powieki moje.
Minuty odmierza jajogłowy zegar
czwarty bieg toczy nas
z prędkością zgubienia
dalej, dalej
w kojące i zimne wody.


* * *

Potargane figurki naszych myśli
siedzą spokojnie w swoich fotelikach.
To taki trochę domek dla lalek,
a trochę przechowalnia bagażu.
Nieuważni nie widzą,
roztargnieni nie przychodzą,
analitycy siedzą i piszą.
Połamane figury stylistyczne zdań
odlatują z trzepotem nad łóżkami.
To takie trochę sarkofagi,
a trochę stoły na których kroją.
I tak niewidzialni jednoocy pisarze
skrobią po naszych głowach.
Postrzępione fragmenty
w łóżeczkach dla bezdomnych
gdy koty i psy,
a noc za oknem.
Cisza.


* * *

Najpierw wbijały mi się w stopy kamienie.
Kwadratowe, niewielkie.
Teraz idę po trawie, buty stopom
zamykają przestrzeń.
Za chwilę przejdę na asfalt.
Koła uskrzydlą, choć nie wiadomo
na jak długo.
Najpierw wybijali takt,
teraz wtórują mi
połamanymi śpiewami.
Kości wspomnień,
manekiny marzeń.
Teraz idę coraz szybciej
przy szumie okrzyków
i bojowych werblach.
Zostawiam sobie jedynie
miękki marzenia,
na prawo od
lotu nr 20.


* * *

Strzepnij z powiek popiół czasu
jak ptak krople wody ze skrzydeł.
Już nie leci w świat
spojrzenie wykąpane w łyku wody,
gorzkiej herbaty?
kawy z ironią?
wspomnień słonych od fal morza?
twojego oddechu?
Przykute źrenice do fotela
kół młyńskich
mielących przeżycia na chleb,
na kamień,
na sepii ślad.
Wygarnij z pod powiek dzieciństwo
gdy idziesz ze mną tańczyć,
puść klamkę trzymaną kurczowo
jak laskę niepewności,
gdy idziesz ze mną przeminąć
w popiół rozmowy,
gorzkiej herbaty smak,
w czas,
na czas.


* * *

Jeszcze jestem małą kosmitką.
Przedwczoraj spadłam z nieba.
Szumiało w dół,
od mojej drogi
i szminka zastygła
na twoich ustach.
Potem rozbierali mnie
na części, na złom.
Trzeszczało od łamanego
powietrza,
twojego odpinanego
kołnierzyka.
Teraz leżymy oboje.
Ty stary weteran
i ja mała dziewczynka.
Blaszana puszka
i dwa cukierki.
Jeszcze szumi mi w głowie
od słów,
których już nie ma.
Jutro rano
już nas nikt nie znajdzie.


* * *

Toczą się oboje:
orzeszek i złotówka.
Nie mają poza wzniesieniem
żadnego planu i cienia.
Jeszcze parę słów
z wyrzuconej kieszeni
i wspomnienie żółtego buta.
To chyba było dawno
przy zakręcie.
Teraz przed nimi
gładka droga.

Notatka: Znowu bardzo duży zbiór wierszy poetki. Kluczem do ich zrozumienia jest jak zwykle, przede wszystkim, metafora. Metafora jednak bradzo twórcza i znakomita. Umiejętność żonglowania w niej światem jest tak wielka, że mamy nieomal do czynienia z nowym językiem, w którym nowe znaczenia, wypływające z metafor zwyciężają codzienne słowa i powszechne ich rozumienie. W tym zbiorze obok filozofii, obok odpowiedzi na najtrudniejsze pytania o byt, filozoficznie i na różne sposoby pojmowany, znajdziemy sporo tekstów o miłości. Emocje i uczucia walczą tu o pierwszeństwo z tak uwielbianą przez poetkę filozofią.

 
Oceny artykułu
Wynik głosowania: 4.55
Głosów: 18


Poświęć chwilę i oceń ten artykuł:

Wyśmienity
Bardzo dobry
Dobry
Przyzwoity
Zły


Opcje

 Wersja do druku Wersja do druku


Użytkownicy, którzy dodali ten tekst do swoich ulubionych:

Lukasz_Stadnicki


"Logowanie" | Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 2 | Szukaj
Komentarze są własnością ich twórców. Nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść.

R E K L A M A

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: PRAJĘZYK /zbiór wierszy/ (Ocena czytelników: 0)
przez Anonimus dnia 23-01-2004 o godz. 20:37:26
...dotknięto mnie znanym mi dotykiem, a Słowa me pachnąć zaczęły nowym dniem...



Re: PRAJĘZYK /zbiór wierszy/ * * * (Ocena czytelników: 0)
przez Anonimus dnia 11-03-2009 o godz. 21:14:35
mór o mór... ten ort to też metafora... nowy język... że znowu futuryści z Jasińskim??? poetka... jaaaasne





Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2009
e-mail: redakcja{małpiatka}portalliteracki.pl"
Zalecane rozdzielczości: 1024x800 do 1280x1024.
Strona zgodna z Opera (od 5), Mozilla (od 0.9.5) Netscape (od 5) oraz IE (od 4), ale IE lepiej nie używać.

Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.

AntySpam | Walcz ze spamem! Kliknij tutaj!


PHP-Nuke Copyright © 2005 by Francisco Burzi. This is free software, and you may redistribute it under the GPL. PHP-Nuke comes with absolutely no warranty, for details, see the license.

Twoja strona na wyciągnięcie ręki