Autor: zyjacynaziemi
Pociąg jak zwykle spóźnił się kilka minut, a na zewnątrz dworca przywitał mnie silny wiatr. Walcząc z podmuchami, podążyłem znaną mi na pamięć drogą w kierunku Ministerstwa Edukacji Narodowej. Zdecydowanie nie przepadałem za wizytami w stolicy i wczesnymi pobudkami. Ale nie miałem prawa narzekać. Zawarty w zeszłym roku kontrakt z rządem na zakup i instalację naszego programu
Cherubin zmienił mój mały biznes w jedną z lepiej prosperujących na rynku firm komputerowych. Obecnie byliśmy o krok od zakończenia negocjacji w sprawie dostawy dodatkowego modułu
Aniołek. Jeśli rzeczywiście doszłoby do podpisania umowy i wdrożeń w całym kraju, mógłbym do końca życia utrzymywać się z samych tylko corocznych opłat za konserwację i utrzymanie systemu. Gra była więc warta świeczki,
a koniunktura po ostatnich wyborach bardzo sprzyjająca. Po drodze spojrzałem na jeden z dwudziestu tysięcy naszych billboardów. Spleciona z komputerowych kabli, monitorów, klawiatur i myszek ogromna pajęczyna krępująca dziewczynkę w obowiązkowym szkolnym mundurku i z tornistrem ze światełkiem odblaskowym na plecach, oraz zbliżający się do niej, dwukrotnie większy, kosmaty pająk z wypalonym na odwłoku napisem
INTERNET, ciągnący za sobą kolorowe cukierki z napisami:
Pornografia,
Narkotyki,
Alkoholizm,
Ściągi,
Cywilizacja śmierci,
Liberalizm,
Wagary,
Sekty,
Ateizm,
New age,
Brzydkie wyrazy,
Aborcja,
Eutanazja,
Nihilizm – tak, nagły atak jadowitych, spoglądających wieloma parami oczu szczękoczułkowców domagał się szybkiej interwencji rządu.
Cherubin, za który dostaliśmy od ministra tytuł
Firmy, o czystym sercu, chronił już młodzież przed szkodliwymi treściami płynącymi siecią z Zachodu w szkołach, ale co z komputerami w domach? Wchodząc głównym wejściem do ministerstwa, uśmiechnąłem się: zaledwie trzy miesiące temu
Aniołek był tylko nic nieznaczącym pomysłem w mojej głowie… Pamiętam jak żartowaliśmy po wyjściu z pierwszej prezentacji. Pani Anetka, moja sekretarka, pokładała się ze śmiechu, gdy właśnie tutaj na schodach odgrywałem raz jeszcze scenkę z gabinetu ministra. Naśladując głos starszej podsekretarz stanu, właścicielki rzucającego się w oczy, drewnianego krzyża na piersiach, zaskrzeczałem:
– A mógłby pan wyjaśnić takim zrozumiałym językiem, jak ten program Aniołek ma w ogóle działać?
Przyjąłem wtedy bardzo uduchowioną minę, rozłożyłem ręce jak do modlitwy i zacząłem powoli mówić:
– Oczywiście, już wyjaśniam. Otóż z technicznego punktu widzenia jest
to skomplikowany i bardzo zaawansowany program, wykorzystujący
najnowsze techniki sztucznej inteligencji do kontroli nie tylko
przeglądarek internetowych, ale także programów pocztowych i
popularnych komunikatorów. Nasz informatyk może za chwilę wyjaśnić
jeszcze raz wszystkie szczegóły, ale nie wdając się w nie, powiem może
tylko tyle, że nasza firma chciałaby otoczyć młodzież siecią Aniołków
jak różańcem – zrobiłem półkolisty ruch dłońmi – którego poszczególne
koraliki będą mogły się ze sobą komunikować, ściągając wszystkie dane
do bezpiecznej bazy w ministerstwie – złączyłem ręce.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem jak zrobiła to pani podsekretarz i znów zaskrzeczałem:
– To jest wspaniałe! Chwała Panu, że coś takiego zostało stworzone! Co pan myśli, panie ministrze?
– Myślę, że tego właśnie szukamy. Panie Bielmowski, nasi ludzie
skontaktują się z panem w ciągu dwóch tygodni i myślę, że będziemy się
starać o sfinalizowanie umowy jeszcze w tym roku. Dziękuję bardzo. Do
widzenia – odpowiedziałem sobie basowym głosem ministra.
– To my
dziękujemy. Do widzenia. Z Bogiem – dodałem, spuszczając głowę na
piersi, a wtedy już nie tylko pani Anetka, ale i pan Marek, księgowy, i
pan Zbyszek, główny informatyk, wszyscy parsknęliśmy donośnym śmiechem,
panie prezesie, ja nie będę już więcej jeździła z panem na te
prezentacje do ministerstwa, bo się kiedyś po prostu posikam ze śmiechu
i nas wyrzucą za drzwi!
Na szczęście pani Anetka nie
musiała obawiać się o stan swojej bielizny. Zapewne jeszcze smacznie
spała, przynajmniej miałem nadzieję, że udało jej się drugi raz zasnąć
po naszej wspólnej, wczesnej pobudce dziś rano. Jednoosobowe
zaproszenie na
Konferencję dla profesjonalistów, które
trzymałem w ręce, przysłano nietypowo na mój adres domowy. Z
dołączonego listu, na który rzuciłem tylko okiem, wynikało, że chodzi o
prezentację i konsultację jakiegoś nowego programu ministerstwa.
Papierowe strzałki z wejściowego holu szybko zaprowadziły mnie na
drugie piętro w prawym skrzydle gmachu, gdzie już kłębił się spory
tłumek. Odkłoniłem się z daleka kilku znanym osobom – prezesom firm,
którzy tak jak ja cieszyli się udaną współpracą z rządem. Pomyślałem,
że plan na dziś mógłby wyglądać następująco: drzemka na konferencji, w
przerwach rozmowa z ludźmi z ministerstwa o postępach prac nad
Aniołkiem,
po wszystkim wyjście do jednego ze stołecznych klubów. Dzięki Bogu
wciąż jeszcze istniały, dzielnie odpierając ataki władz, których
przedstawicieli notabene, od czasu do czasu można było w nich spotkać.
No cóż, zapewne poświęcali się po godzinach, osobiście dokonując
inspekcji ohydy i plugastwa... Uśmiech skradł mi dźwięk dzwonka, który
nagle roztłukł się nieznośnie po korytarzu i moich uszach. Była punkt
dziewiąta. Otwarto drzwi wysokiej auli. W jej wnętrzu znajdowały się
równo poustawiane, jednoosobowe, szkolne stoliki. Asystentki przy
wejściu starały się powtarzać entuzjastycznie:
bardzo prosimy
zajmować miejsca, według karteczek z nazwiskami, alfabetycznie od
lewej, kolumna pierwsza nazwiska od A do D, kolumna druga od E do H,
kolumna trzecia…Szybko znalazłem właściwy szereg:
Bielińska, Bielmo, Bień, Biernatowski... Dziwne.
– Przepraszam. Nie mogę znaleźć swojego miejsca – zagadnąłem jedną z
pań czuwających nad sprawną organizacją konferencji.
– Jak się pan nazywa? Ma pan zaproszenie?
– Piotr Bielmowski. Proszę.
– Widzi pan, co tutaj pisze? Trzecie piętro, pokój szesnaście – kobieta
z lekką irytacją w głosie wskazała na zadrukowane miejsce palcem. – Pan
zdaje tylko ustnie. No no, komisja samego pana wiceministra Krupy...
Z
jednej strony ucieszyłem się, że moje cztery litery właśnie zostały
cudownie wybawiane od dłuższego, intymnego spotkania z twardym
krzesełkiem. Z drugiej strony, uwaga asystentki zasiała we mnie
niepokój; i nie wiązał się on bynajmniej z nazwiskiem wiceministra,
jedynego, z którym nie miałem jeszcze wątpliwej przyjemności poznać się
osobiście w tym roku...
– Pan Bielmowski? Witamy serdecznie. Krupa, wiceminister. Proszę siadać.
Zająłem
miejsce za wielkim stołem przykrytym obrusem zielonego sukna. Oprócz
przedstawiciela resortowej władzy na przeciw mnie siedziały jeszcze
cztery inne osoby. Drugie od lewej miejsce zajmował, słusznych
rozmiarów, sześćdziesięciokilkuletni mężczyzna ze szczeciną ostatnich
włosów szukających bezpiecznego schronienia za uszami. Wyglądał jak,
wbity w garnitur i napompowany do granic wytrzymałości kamizelki,
Gargamel, który dodatkowo musiał cały czas toczyć nierówną walkę z
próbującym objąć go Morfeuszem. Obok niego siedziała nieco młodsza i
ustępująca mu wagą kobieta z kręconymi, kasztanowymi włosami. Miała na
sobie niemodną, zieloną bluzkę z fantazyjną broszką, zdradzającą
artystyczną duszę właścicielki. Dalej, krótko obstrzyżony i ze
znaczkiem
Ligi Młodych w klapie, dwudziestokilkulatek, w
którym po chwili rozpoznałem pana Grabka, naszego podwykonawcę wdrożeń
w stolicy. Ostatnie miejsce należało do człowieka, który z wyglądu
łudząco przypominał pierwszego pana, siedzącego zaraz obok
wiceministra. Był jednak od niego znacznie młodszy – szeroka łysina na
środku czaszki nosiła znamiona wyraźnie zamierzonej, fryzjerskiej
interwencji. Osobnik ubrany był w mocno przybrudzony, biały habit, i
cały czas badawczo przyglądał mi się swoimi małymi, szarymi oczkami.
Najbardziej tępe wrażenie z całej piątki po drugiej stronie stołu robił
swoją toporną, ogorzałą twarzą wiceminister.
– Zacznę może od
przedstawienia panu naszej komisji, której mam zaszczyt i przyjemność
przewodniczyć – kontynuował Krupa. – Kolejno, po mojej lewej stronie:
profesor Balonowski, wybitny i zasłużony dla naszego ministerstwa
polonista; pani Żabczyńska ze Stołecznego Konserwatorium; świeży
narybek, pan Grabek, magister geografii; oraz wielce czcigodny ojciec
doktor habilitowany Mieczysław Miąż-Miazga Miażdżyński, zwany także
przez naszą ukochaną młodzież
Imadełkiem – Krupa spojrzał z
uśmiechem na zakonnika, ale ten tylko lekko skinął głową, nie obracając
się w stronę przewodniczącego i nie tracąc z oczu mojej osoby. – Ojciec
doktor pracuje u nas na stanowisku Głównego Wizytatora – wyjaśnił
wiceminister, zwracając się z powrotem do mnie. – Jesteśmy bardzo
zadowoleni ze współpracy. To właśnie zakon podsunął nam pomysł
programu, który objął dzisiaj także pana – wyszczerzył zęby. –
Konferencja dla profesjonalistów,
bo o tym programie właśnie mówimy, wpisuje się głęboko w szeroką liczbę
działań prowadzonych przez nasz rząd od samego początku. Znane są panu
zapewne imponujące rezultaty operacji
Uczciwy magister?
Reegzaminacja osób legitymujących się dyplomami wyższych uczelni, która
objęła jak na razie tylko polityków opozycji, już pozbawiła stanowisk
kilkadziesiąt osób, a kolejnym, niegodnym przedstawicielom
społeczeństwa zablokowała na trwałe dostęp do sprawowania wysokich i
odpowiedzialnych funkcji w państwie – perorował jak z sejmowej trybuny.
– Dużym poparciem obywateli cieszy się także aktualnie prowadzona akcja
lustracyjno–reedukacyjna środowiska nauczycielskiego. Akurat obecni
tutaj przedstawiciele starszego pokolenia kadry, mam na myśli profesora
Balonowskiego i panią Żabczyńską, pozytywnie przeszli już proces
weryfikacyjny i złożyli
Nową Przysięgę Nauczyciela, ale wielu innych, niestety, a raczej może na szczęście, musiało na stałe pożegnać się z zawodem.
Słowa
wiceministra wyrwały Balonowskiego z płytkiej drzemki jak podłożona
przez klasowego żartownisia na krześle pinezka: otworzył na moment
szeroko oczy, rozejrzał się dookoła, przełknął ciężko ślinę i
upewniwszy się, że jednak nic mu nie grozi, z powrotem pożeglował do
krainy marzeń sennych. Żabczyńska uśmiechnęła się tylko słodko i
pokornie spuściła głowę.
– Idziemy jednak dalej, głębiej, mocniej. Czasem także działamy z zaskoczenia.
Konferencja dla profesjonalistów,
jak się pan już może domyśla, to kryptonim dla idei weryfikacji
egzaminów maturalnych. Chcemy najpierw, że tak powiem brzydko, uderzyć
w środowisko biznesowe. Ale niech się pan nie boi, zaczynamy od
własnych piersi, a ściślej mówiąc, od przedsiębiorców, którzy tak jak
pan są blisko związani z ministerstwem różnego rodzaju umowami czy
kontraktami. Wie pan, chodzi też o pewność i zaufanie do własnych
szeregów. Tu naprawdę nie możemy pozwolić sobie na żadne patologie.
Zresztą pan, jako mocno zaangażowany w program
Cherubin, i wkrótce, daj Boże,
Aniołek,
zapewne bardzo dobrze rozumie, o czym mówię... Krupa sprawdził, czy na
mojej twarzy nie rysuje się cień wątpliwości. Na szczęście krzyczącym w
moich myślach słowom: s
kandal,
jaja,
inkwizycja i
Sonderaktion Krakau
usta skutecznie sznurowała kwota, jaką zainwestowałem do tej pory w
proaniołkową kampanię. Absolutnie nie mogłem pozwolić sobie teraz na
jakiekolwiek, nawet najmniejsze zgrzyty na linii rząd-firma, więc dla
całkowitego uspokojenia wiceministra wtrąciłem:
– Bardzo dobrze rozumiem, panie ministrze.
Konferencja
wydaje mi się być świetnym pomysłem. Nowatorskim, śmiałym, świeżym,
powiedziałbym, stawiającym nas na pewno w awangardzie walki o nowe,
uczciwe społeczeństwo.
– Bardzo cieszę się, że pan tak właśnie do
tego podchodzi, panie Bielmowski. Nie ukrywam, że liczymy na różne,
cenne uwagi dotyczące naszego nowego programu. Stąd także być może mój
trochę przydługi wstęp, ale chciałem zarysować szerszy kontekst. Teraz
myślę, że możemy już spokojnie przejść do meritum.
Krupa wyjaśnił,
że na podstawie licznie zgromadzonego materiału dowodowego, takiego
jak: kserokopie moich licealnych cenzurek, prac egzaminacyjnych,
sprawdzianów i klasówek, zeszytów, usprawiedliwień nieobecności,
dzienników lekcyjnych i zapisów przesłuchań moich byłych kolegów z
klasy oraz żyjących jeszcze nauczycieli, pracownicy ministerstwa
nabrali podejrzeń co do adekwatności kilku ocen, znajdujących się na
moim świadectwie maturalnym. Nie były to od razu jakieś konkretne czy
ciężkie zarzuty. Raczej wskazania, że jeśli już coś badać i
prześwietlać, to właśnie w tych miejscach. Oficjalny arkusz Weryfikacji egzaminu dojrzałości,
który otrzymałem, zawierał cztery puste, czekające na podpisy, pola:
język polski, geografia, muzyka i religia/etyka. Powyższe przedmioty
tłumaczyły jednocześnie jasno skład komisji, która jednak, w związku z
niedoborami kadrowymi w ministerstwie, musiała rozejść się w kierunku
innych zdających.
– Zostawiamy więc pana tutaj sam na sam z
profesorem Balonowskim – powiedział wiceminister Krupa na odchodnym. –
I tak do niczego byśmy się nie przydali. No, może ojciec Mieczysław,
ale pani Żabczyńska to chyba raczej z języka polskiego już wszystko
zapomniała. Mam rację, pani Żabczyńska? – przewodniczący zarechotał
przy drzwiach, puszczając przodem speszoną nauczycielkę.
Przez
chwilę rozważał w duchu, czy własnoręcznie nie ulżyć jej zmęczonym
pośladkom w ciężkiej przeprawie na drugą stronę progu, ale widząc
Miażdzyńskiego, zaniechał uczynku miłosierdzia względem ciała kobiety i
uprzejmie przepuścił także czcigodnego ojca. Za nimi wyszedł Grabek.
Musiałem przyznać, że wybór języka polskiego jako pierwszego przedmiotu
do weryfikacji w moim przypadku w ogóle mnie nie zdziwił. Proza i
poezja w szkole były dla mnie zawsze tym, czym dla wielu innych uczniów
była i jest matematyka: niezrozumiałym, nudnym i zupełnie do niczego
nieprzydatnym bełkotem. Z długiej listy obowiązkowych lektur szkolnych
przeczytałem w sumie być może trzy pozycje, choć i ta liczba wydaje mi
się mocno zawyżona. Dlatego perspektywa pytań o naszą narodową
literaturę po prawie dwudziestu latach od matury napełniła mnie grozą.
Tak, nasz rząd realizował już nie tylko rzeczy, o których do tej pory
obywatelom się nie śniło, ale także wykazywał się dużą sprawnością w
urzeczywistnianiu ich nocnych koszmarów. Profesor Balonowski rozpoczął
egzamin od odczytania krótkiego, oficjalnego wprowadzenia z kartki.
Czynił to ociężale, z niechęcią.
– Na świadectwach, wzbici w radość, odlecieli uczniowie, drży powietrze po ich śmigłym zniku[1], pisał
poeta w okresie międzywojennym, gdy nasza ojczyzna odbudowywała się po
stu dwudziestu trzech latach utraty niepodległości. Dziś przyszedł
czas, aby dawni uczniowie powrócili do swoich świadectw i w imię znów
budowy nowego państwa poddali się weryfikacji swojej wiedzy...
Dostałem kartkę czystego papieru i długopis. Na przygotowanie wypowiedzi na temat Sylwetka Zofii Nałkowskiej w oparciu o powieść Granica miałem dziesięć minut. Balonowski w tym czasie zagłębił się w ostentacyjnie wyjętym, dzisiejszym wydaniu dziennika Za.
Dłuższą chwilę wpatrywałem się tępo w pustą kartkę, starając się
wyobrazić sobie, jak mogła wyglądać pani Zofia i jak prezentowałaby się
jej sylwetka, gdyby oparła ją o biblioteczkę wypełnioną w całości
egzemplarzami swojej powieści. Nic jednak oryginalnego nie przychodziło
mi do głowy. Z rozmyślań wyrwało mnie dochodzące zza gazety cichutkie
pochrapywanie, a we wnioskach dotyczących stanu pana profesora
ostatecznie utwierdził mnie kolorowy numer Przeciw, który zgodnie ze swoim profilem, samowolnie wysunął się z prorządowego objęcia Za
wprost na kolana Balonowskiego. Wyjąłem komórkę i szybko wpisałem
zapytanie w internetowej wyszukiwarce. Na szczęście nie obejmował mnie
jeszcze nakaz instalacji Cherubina ani Aniołka. Po
chwili miałem już wynotowane nie tylko podstawowe fakty, ale także
cytaty oraz udało mi się zobaczyć zdjęcie pisarki. Gotowy, spojrzałem
na mojego egzaminatora.
– Ech, panie Balonowski, jeszcze
kilka miesięcy do emeryturki i będzie można w spokoju czytać bez
zasłaniania – mruknąłem pod nosem, a następnie głośniej odchrząknąłem i
zacząłem referować: autorka, powieść, kulminacyjnym osiągnięciem,
analiza psychologiczna, pytaniami o moralność... Nie chodzi o to, że
musi przecież coś istnieć. Jakaś granica, za którą nie wolno przejść,
za którą przestaje się być sobą[2]...
Profesor był wyraźnie zaskoczony moją świetną znajomością twórczości Nałkowskiej i pewnością siebie, z jaką ją prezentowałem.
– Bardzo dobrze! To mi wystarczy. Proszę podać arkusz weryfikacyjny – z
wewnętrznej kieszonki marynarki wyjął wieczne pióro, odnalazł
odpowiednią rubryczkę, ale oderwał się jeszcze i na moment spojrzał na
mnie. – A wie pan, że ja rozmawiałem o panu z profesorem Krzemienieckim
przed tym egzaminem? Bardzo dobrze pana pamiętał. Widać, że te udane
starty w olimpiadach polonistycznych nie poszły na marne... –
uśmiechnął się, wreszcie ożywiony.
Pojęcia nie miałem, kim był
profesor Krzemieniecki, ale Balonowski najwyraźniej brał go za mojego
licealnego polonistę, który owszem, nosił podobne nazwisko. Ale gdyby
stary Krzemiński jeszcze żył, cokolwiek pamiętał i rzeczywiście chciał
o moim maturalnym egzaminie powiedzieć prawdę, to musiałby przyznać, że
piątkę z pisemnego postawił mi tylko po to, żeby uniknąć publicznej
konfrontacji na ustnym. Przez całe liceum doprowadzałem go do białej
gorączki poddawaniem w wątpliwość wobec klasy jego trącących poprzednią
epoką, politycznych interpretacji utworów. Swoją drogą naprawdę nie
wiem, jak mógł przez cztery lata nie zorientować się, że był to prosty
sposób na odwrócenie uwagi od faktu, że o treści lektur dowiadywałem
się dopiero podczas lekcji. Ale teraz nie miało to już żadnego
znaczenia, bo w polu język polski na moim nowym świadectwie dojrzałości pojawiła się notatka pozytywnie zweryfikowany
i podpis ministerialnego egzaminatora z datą. Mecz reszta świata kontra
Piotr Bielmowski, toczący się jak do tej pory z lekkim wskazaniem na
drużynę gospodarzy, nabrał rumieńców po wspaniałej akcji Bielmowskiego,
który wykorzystując nieuwagę Balonowskiego, zapalił na tablicy wynik
zero do jednego. Trybuny szaleją, grupa kibiców, fałszując, śpiewa hymn
narodowy.
W dobrym humorze udałem się na poszukiwanie
pracowni audiowizualnej, w której miała mnie przyjąć teraz magister
Żabczyńska. Na korytarzu mijałem zdenerwowanych dyrektorów i
kierowników, którym najwyraźniej szło gorzej ode mnie. No i dobrze,
zaśmiałem się w duchu, trzeba się było, kurwa, uczyć!
Rozbrojenie
pani od muzyki poszło mi nadzwyczaj szybko i sprawnie. Kilka
komplementów, trochę dwuznacznych uwag pod adresem inteligencji jej
przełożonego, wiceministra, moje utyskiwanie na niedocenianą rolę
muzyki w edukacji czy wyraźne niezadowolenie z wciąż mającej miejsce w
naszym kraju dyskryminacji zawodowej kobiet, porozumiewawcze uśmiechy –
pani magister poczuła się zrozumiana, a być może uwierzyła nawet, że
jestem szczerze zainteresowany jej ciekawym wnętrzem i nie tylko. Sam
egzamin polegał na rozpoznawaniu narodowych tańców ludowych. Lista
utworów muzycznych do odtworzenia leżała długo i bezwstydnie na biurku,
zanim Żabczyńska z wrodzonym sprytem schowała ją za odtwarzacz,
przystępując do gruntownego sprawdzenia już nie mojej muzycznej wiedzy,
ale pamięci wzrokowej. Wynik osiem na osiem trafień nie zakończył
jednak mojej weryfikacji. Żabczyńska nie chciała chyba zbyt szybko
pozbywać się mojego towarzystwa.
– Dobrze. A teraz proszę, żeby pan
zapisał nutowo kilka taktów utworu, który przed chwilą usłyszeliśmy.
Mogę go panu jeszcze raz puścić – zaczęła na powrót majstrować przy
odtwarzaczu.
– Uuu, obawiam się pani profesor, że ostatnio
częściej mam przyjemność obcować z saldami i bilansami niż z kluczami
wiolinowymi i ćwierćnutami. Będę miał z tym problem, jeśli mi pani nie
może… – zrobiłem zbolałą minę.
– Panie Piotrze, chyba nie chce mi pan powiedzieć, że zapomniał pan, jak wyglądają nuty?
– Absolutnie nie. Ja tylko, że tak powiem, bardziej czuję muzykę sercem
niż potrafię ją przekładać na bezduszny papier. Gdyby pani profesor
pozwoliła się porwać do jednego z tych tańców, to myślę, że mógłbym to
udowodnić… – podałem jej rękę i posłałem zapraszający uśmiech. – Pani
minister tańczy?
– Oj, panie Piotrze, niech pan nie żartuje.
Jesteśmy na egzaminie – Żabczyńska z trudem utrzymywała powagę na
twarzy. – Znajomość zapisu nutowego jest zawarta w programie nauczania
muzyki dla liceum ogólnokształcącego i obowiązuje pana jako abiturienta.
– Zdaję sobie z tego sprawę, pani profesor. I obiecuję, że jak tylko
wrócę do domu, to siądę i nie wstanę, dopóki sobie tej znajomości nie
odświeżę. Mogę nawet uklęknąć i przysiąc!
– Niech pan się nie
wygłupia i wstaje. Ktoś może wejść. Zaliczę panu, bo rzeczywiście
dobrze rozpoznał pan tańce. Ale proszę nie lekceważyć nut, to jest
naprawdę ważne.
– Oczywiście. Bardzo serdecznie dziękuję, pani profesor.
Odbierając arkusz z podpisem dodałem jeszcze:
– Zaraz idę kupić sobie zeszyt z pięciolinią. Do widzenia. Jeszcze raz dziękuję.
Po wyjściu od Żabczyńskiej zadzwoniłem z komórki do biura. Chciałem
dowiedzieć się o postępy wdrożeń w stolicy przed rozmową z Grabkiem,
ale nikt nie odbierał telefonu.
– Coś mi się zdaje, że
pani Anetka bardzo chce wylecieć z pracy jeszcze na okresie próbnym… –
rozmawiałem z monotonnym sygnałem w słuchawce. – Ile razy można tłuc do
łba, że ktoś ma zawsze siedzieć na tyłku w sekretariacie!
Zapukałem i wszedłem do pokoju pana magistra geografa.
– Witam pana prezesa – Grabek wyszedł zza biurka i podał mi rękę.
– Witam serdecznie. Co za nieoczekiwane spotkanie, prawda? Jak się tam nasze sprawy mają? – zagaiłem rozmowę.
– A dobrze, dobrze. Wie pan, że wczoraj było kolejne posiedzenie komisji w sprawie Aniołka?
Już prawie mamy większość. Trzeba będzie tylko obiecać coś rybakom
dalekomorskim, ale rząd i tak miał to w planach, więc myślę, że nie
będzie problemu. Potem głosowanie nad budżetem i możemy zaczynać
wdrożenia w całym kraju.
– No właśnie, mieliśmy się spotkać i ustalić nową wysokość prowizji dla pańskiej firmy…
– Tak. Tylko ciągle nie miał pan czasu – Grabek uśmiechnął się. –
Dotychczasowe dziesięć procent wydaje mi się być trochę nieprzystające
do planowanej skali operacji. Szczerze mówiąc, ja wiedziałem, że się
dzisiaj tutaj spotkamy, i dlatego pozwoliłem sobie przygotować
wcześniej taki mały aneks do naszej umowy... – Grabek spojrzał na mnie
jak pokerzysta odkrywający karetę asów.
Szczerze mówiąc,
podziwiałem go. Był conajmniej dziesięć lat ode mnie młodszy, a zdążył
już zostać prezesem firmy, przewodniczącym młodzieżowej przybudówki
liczącej się partii politycznej, oprócz tego pracował w ministerstwie,
a w następnych wyborach zamierzał startować w wyścigu do sejmowego
fotela. Rosła nam nowa młodzież…
Szybko podpisaliśmy wszystkie potrzebne papiery i znów podaliśmy sobie ręce.
– Tak na wszelki wypadek, jakie było pytanie? – odwróciłem się sprzed drzwi.
– Ziemia naszego kraju. Temat z gleboznawstwa.
– Aha. No to, do widzenia – uśmiechnąłem się do Grabka. – Z Bogiem.
– Do widzenia. Oczywiście, z Bogiem.
Wyszedłem ciężki na korytarz. Grabek łupnął mnie czterdziestoma
procentami, co było dla mnie granicą opłacalności całego
przedsięwzięcia. Wiedział, że na więcej bym się po prostu nie zgodził i
zażądał maksymalnej stawki. Ale nic to, miałem przecież w ręku trzeci
podpis i nadzieję, że mój nowy pan od geografii zabierze się teraz z
motywacją do pracy i szybko przepchnie sprawę w parlamencie. Dzwony
stołecznych kościołów rozdzwoniły się za oknem na dwunastą. Ogłoszono
półtoragodzinną przerwę w egzaminach. Postanowiłem przekąsić coś na
zewnątrz, po drodze na schodach zatrzymał mnie jednak czyjś kobiecy
głos:
– Piotr! Piotrek! – uśmiechając się, zbiegła do mnie
krótko obstrzyżona blondynka. – No, co jest, starych znajomych już nie
poznajesz?
– Anka? Ty też tutaj? – dopiero po dłuższej chwili rozpoznałem w niej moją licealną miłość.
– Ja tu pracuję, ale mogę się na chwilę urwać. Jeśli jesteś wolny, to
porywam Cię do mnie. Mieszkam sama, trzy minuty stąd. Chodź pogadamy,
sto lat się nie widzieliśmy. No, co się boisz? Nie oskarżę cię przecież
o molestowanie – puściła do mnie oczko. – Twoja żona też się nic nie
dowie – wybuchnęła śmiechem, ciągnąc mnie za rękę.
– Nie mam żony. Ale mam nadzieję, że ty masz w domu coś mocniejszego. Muszę się napić.
Mieszkała,
a raczej gnieździła się, w ciasnej klitce, której jedyną zaletą było
dobre położenie. Przy samym wejściu, obok wieszaka na ubrania,
znajdowała się prowizoryczna wnęka kuchenna ze stertą brudnych naczyń w
zmywaku i maszynką elektryczną, na której Anka zaczęła coś podgrzewać.
Usadowiłem się w głębi pokoju na sofie, z kieliszkiem koniaku w ręku, to z zasobów ministerstwa, rozluźniłem krawat, staraj się nie patrzeć na bałagan, przepraszam, i na chwilę zamknąłem oczy – Boże, co za dziwny dzień.
– Proszę, jedz, póki gorące – po chwili dołączyła do mnie. – Doleję Ci.
Dobrze wyglądasz, w ogóle się nie starzejesz. Jak wy mężczyźni to
robicie?
Też chciałem odpowiedzieć jej komplementem, ale wyszedł
jakoś sztucznie. Anka tak naprawdę nie wyglądała najlepiej, więc
zaprzeczyła, i jakby tłumacząc się lub chcąc odwrócić moją uwagę,
zaczęła opowiadać: nie dostałam się na studia, chorowałam, trochę
pracowałam, nieudane małżeństwo, wiesz, jak to jest, potem bezrobocie,
rozwód, palisz, a ja sobie zapalę, nie, nie mieliśmy dzieci, wegetacja,
u rodziców na wsi, dopiero kilka lat temu, tak, koleżanka ściągnęła
mnie na posadę do stolicy, jest dobrze, myślę o jakiś kursach, studiach
wieczorowych, nie, to na razie tylko plany, z pieniędzmi wciąż krucho,
nie, nie mam, za stara już jestem na to, a no wiesz, żyje się, ale co
tam u ciebie, i co w ogóle robisz u nas w ministerstwie?
Opowiedziałem
jej troszkę o sobie, o podróżach, o firmie, o tym, co wiem o ludziach z
klasy. Starałem się specjalnie nie przechwalać i nie kłuć jej niczym w
oczy, i w końcu wróciłem na bezpieczne podwórko jej pracodawcy.
– A słyszałaś o programie Konferencja dla profesjonalistów?
Twoi szefowie właśnie weryfikują świadectwa dojrzałości biznesmenom.
Ciężko w to uwierzyć, ale to prawda. Na razie idzie mi dobrze, można
powiedzieć, do przerwy trzy do zera dla mnie – bez wdawania się w
szczegóły opisałem jej, jak wygląda powtórna matura w ministerstwie.
– No tak, Piotr Bielmowski jak zwykle w świetnej formie. Cały czas ci wszystko w życiu wychodzi.
– Eee tam, przesadzasz.
– Jakie przesadzasz, przecież widać i słychać. Naleję sobie jeszcze. Tobie też dolać?
– Nalej, ale pamiętaj, że mam dzisiaj jeszcze jeden egzamin do zdania –
uśmiechnąłem się na samą myśl o czekającej mnie rozmowie z wielce
czcigodnym ojcem doktorem.
– Nie mam żadnych wątpliwości, że
zdasz. Już w liceum byłeś gwiazdą. Wszystkie podkochiwałyśmy się w
tobie. I pomyśleć, że mogłabym być teraz panią Bielmowską – zaśmiała
się już lekko wstawiona. – Pamiętasz, jak mówiłeś podczas studniówki,
tam wtedy w kantorku, że się ze mną ożenisz?
– Nic nie pamiętam. Może już nie pij więcej – odsunąłem się trochę, jej bliskość zaczynała mnie drażnić.
– No oczywiście, że nie pamiętasz, bo dla ciebie to wszystko przecież
nic nie znaczyło – opróżniła kieliszek do dna. – Boże, jaka ja wtedy
naiwna byłam. Wystarczyło się nie zabezpieczać. Ale człowiek był młody,
w coś wierzył, kogoś naprawdę kochał... – sięgnęła znów po stojącą na
podłodze butelkę.
Powstrzymałem ją, chwytając za rękę. Anka obróciła
się szybko, z napięciem popatrzyła mi w oczy. Po chwili milczenia
rozluźniła się.
– Nie bój się. Ja ci to wszystko już dawno
wybaczyłam. Sama nie wiem, co mnie naszło. Przepraszam cię, Piotrek. To
chyba wszystko przez ten ministerialny program. Wiesz, cała przeszłość
stanęła mi nagle przed oczami. Matura. Ja bym oczywiście jej drugi raz
nie zdała. Dlatego cię podziwiam. Naprawdę. I nie myśl, że ja jakąś
alkoholiczką jestem – uśmiechnęła się i zaczęła oswobadzać rękę z
mojego uścisku. – Wiesz, człowiek potrzebuje czasem po prostu jakiegoś
ciepła… – przeniosła dłoń na moje piersi – ma ochotę przed kimś się
wygadać, otworzyć… – rozpięła mi guzik i przygryzła dolną wargę – ja
zawsze miałam do ciebie słabość… – wsunęła mi rękę pod koszulę.
Uwolniłem się od niej, wstając z sofy. Odchrząknąłem.
– Wiesz co, Anka, zdaje się, że muszę już lecieć. Dzięki za przyjęcie. Miło było pogadać.
– Tak, tak. Biegnij, biegnij – sięgnęła po butelkę.
Będąc już za drzwiami, usłyszałem jeszcze:
– Biegnij, biegnij, tylko uważaj, żebyś w życiu czegoś nie przegapił!
Po przerwie wysoka komisja zebrała się ponownie. Do pełnego składu
brakowało tylko pana Grabka, który, jak wyjaśnił przewodniczący, musiał
udać się w bardzo ważnej sprawie do sejmu. Siedząc przy egzaminacyjnym
stole, poczułem się nagle okropnie zmęczony tym całym teatrem. W głowie
szumiał mi wypity alkohol, pod powiekami wciąż miałem nieoczekiwane
spotkanie z Anką. Na ziemię sprowadził mnie głos wiceministra.
– Panie Bielmowski, gratuluję dotychczasowych, bardzo dobrych wyników.
Przed panem ostatni egzamin – spojrzał na kartkę. – Tak, przedmiot
religia/etyka. Pan wybrał sobie w liceum… etykę. Nie, przepraszam,
religię. Ojcze Mieczysławie, prosimy bardzo.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – Miażdżyński rozpoczął oficjalnie ostatnią rundę.
Siedziałem przez chwilę w bezruchu. Ojciec doktor nie kontynuował. Pani Żabczyńska nachyliła się i zaczęła szeptać: i Maryja, zawsze… Próbowała mi podpowiadać, ale Krupa szybko przywołał ją do porządku, uderzając otwartą dłonią w stół:
– Pani Żabczyńska! Znudziła się pani praca w komisji?
Tymczasem znów odezwał się Miażdżyński.
– Panie Bielmowski, ja czekam na odpowiedź. Znajomość formuł
modlitewnych należy do programu nauczania religii w liceum – ojciec
doktor mówił łagodnie i powoli; jak zwykle był bardzo skupiony. – No
chyba, że mam uznać, że nie zna pan odpowiedzi? Albo, że pytanie jest
dla pana za łatwe i woli pan na przykład wymienić Osiem błogosławieństw?
Więc jednak był też trochę złośliwy.
– Przepraszam, zamyśliłem się. Na wieki wieków. Amen – wydukałem.
– Nie do końca o to mi chodziło, ale zaliczę panu, bo w czasach, kiedy
odbywał pan edukację, ta wersja była obowiązująca. Zwracam jednak
uwagę, że matura to nie jest coś, co zdaje się raz w życiu i szybko
zapomina. To zobowiązanie do rozwoju, do ciągłej pracy, także do
nadążania za zmianami. Wróćmy jednak do tych Ośmiu błogosławieństw. Potrafi je pan wymienić?
– Nie, nie potrafię – odpowiedziałem krótko; zdecydowanie za szybko.
Nie poznawałem samego siebie. Przecież powinienem się jakoś migać,
bronić, uśmiechać, grać, walczyć. Ale nie potrafiłem się zmusić.
– Rozumiem – zakonnik zanotował coś sobie. – Przejdźmy zatem do
kolejnego pytania. Proszę powiedzieć jak wyglądał pana udział i
zaangażowanie w obowiązkowe nabożeństwa w szkole średniej?
– Chodzi ojcu o udział we mszy świętej w niedzielę? Starałem się uczestniczyć – odparłem zgodnie z prawdą.
– Nie, chodzi mi o nabożeństwa takie jak, na przykład: Gorzkie Żale, Droga Krzyżowa, Roraty…
– No, chyba także uczestniczyłem…
– Ale nie mówi pan tego z przekonaniem?
– Mówię z przekonaniem – powiedziałem cicho.
Już
od samego początku źle wszedłem w rolę. Teraz nawet jakbym mu pokazał
karteczki z wizerunkami świętych, które dostawaliśmy w kościele, to by
mi nie uwierzył.
– Znakomicie. Jak zatem wyjaśni pan fakt,
że na obrazkach, które oddał pan księdzu Różańskiemu w drugiej klasie,
jako dowody obecności na Gorzkich Żalach, brakuje pańskich odcisków
palców? Przypominam, chodzi o Wielki Post tysiąc dziewięćset
dziewięćdziesiątego roku.
Zamurowało mnie.
– Bo
mnie się wydaje, że pan te obrazki kupił albo od kogoś dostał, a na
Gorzkie Żale po prostu pan nie chodził. Mam rację? – Miażdżyński
kontynuował ze spokojem, którego miałem już dosyć.
– Panie
ministrze, ja zgłaszam sprzeciw przeciwko metodom, jakie używane są
przez ojca Miażdzyńskiego przy tym egzaminie – podniosłem się z krzesła.
– Oddalam sprzeciw. Ojciec Mieczysław posługuje się metodami całkowicie
legalnymi z punktu widzenia prawa. I dla pana informacji, na razie
bardzo łagodnymi. Proszę się uspokoić i odpowiadać na pytania. Może pan
także oczywiście odmówić udziału w egzaminie, ale będzie to oznaczać
zawieszenie ważności pana świadectwa dojrzałości do czasu wyjaśnienia
całej sprawy. Nie muszę chyba dodawać, jak poważne to ciągnie za sobą
konsekwencje? – Krupa popatrzył na mnie ze zdziwieniem, jakby starał
się powiedzieć: I pan, panie Bielmowski? Ile pan ma lat? Panu też się już znudziła współpraca z ministerstwem? – Czekam. Jaka jest pana decyzja?
– Chcę zdawać – usiadłem z powrotem na krześle, wydmuchując z siebie,
jak ze skórzanego pufa, nadmiar nagromadzonego powietrza.
– Szanowny ojcze, proszę kontynuować – Krupa dał znak ręką Miażdżyńskiemu.
– Czy dowiemy się zatem, jak to było z tymi Gorzkimi Żalami? – ojciec
doktor zawsze silny, teraz jeszcze dodatkowo wzmocniony pełnym
poparciem wiceministra, wychylił się na łokciach do przodu i zmierzył
mnie groźnie wzrokiem:
– Tylko niech pan prawdę mówi!!
– Prawdę?! A kto może pamiętać po dwudziestu latach, czy chodził na
jakieś nabożeństwa czy nie? – zacząłem się denerwować i chyba, zupełnie
niepotrzebnie, podniosłem głos.
– Rozumiem – znów coś sobie
zanotował. – Nie pamięta pan. Pamięć ludzka jest wybiórcza. Każdy
pamięta co innego. Bo co innego jest dla niego ważne... – przemawiał
powoli, z nadęciem, jakby głosił na kazaniu nie wiadomo jaką mądrość. –
Ale tak, jak powiedziałem, rozumiem. Może zatem przypomina pan sobie
chociaż, jak wyglądał pana udział w nabożeństwach w tym roku?
Znów
chciałem się podnieść z krzesła, ale wystarczyło mi rzucić okiem na
Krupę, żeby zaniechać kolejnego sprzeciwu. Musiałem się naprawdę wziąć
w garść i zacząć myśleć.
– Przepraszam, ale czy moje
aktualne uczestniczenie lub nieuczestniczenie w nabożeństwach wchodzi
także w zakres programu nauczania religii w liceum? – zwróciłem się do
Miażdżyńskiego.
– W pewnym sensie tak. Wie pan, nauczając
młodych ludzi religii, staramy się kłaść zdrowe i mocne fundamenty pod
budowlę ich przyszłego życia. Patrząc po latach na to, co zostało
zbudowane, możemy, zgodzi się pan ze mną, wnioskować czy te fundamenty
były położone dobrze czy źle? Czy uczeń przyswoił sobie wiedzę czy też
był, jak mówi Pismo, człowiekiem nierozsądnym, który dom swój
zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichury
i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki[3], Mateusz siedem, dwadzieścia sześć, dwadzieścia siedem.
– Nie chodzę na nabożeństwa.
Nie
było sensu niczego ukrywać. Za chwilę i tak dowiedziałbym się, że
Miażdżyński dysponuje nagraniami wideo ze wszystkich kościołów w kraju
z ostatnich dwudziestu lat i ma odpowiedni systemem informatyczny do
ich szybkiej analizy.
– Przestałem już dawno w ogóle chodzić do kościoła – dodałem.
– Rozumiem – ojciec doktor zapełnił kolejną rubryczkę. – To wiele wyjaśnia…
Tym
razem także Krupa coś sobie zanotował. Wydawało mi się, że gdyby tylko
mógł, to chętnie zagwizdałby sobie trzy razy ze zdumienia albo
powiedziałby na głos: no, no, kto by się spodziewał. W każdym
razie nie patrzył na mnie. Może nie chciał, żebym na jego twarzy
wyczytał, że właśnie, przynajmniej według niego, oblałem egzamin.
Miażdżyński tymczasem przeszukiwał zawartość swojej czarnej teczki.
Druga bliźniacza, należąca do wiceministra, leżała symetrycznie po
drugiej stronie stołu.
– Czy mógłby pan potwierdzić autentyczność swojego podpisu na tym dokumencie? – podał mi znaleziony papier.
Było to moje zobowiązanie do nieużywania alkoholu i niepalenia papierosów do czasu zakończenia nauki w liceum. Skinąłem głową.
– Proszę pana, na chwilę znów chciałbym wrócić do przeszłości.
Studniówka, rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty trzeci. W
śledztwie pańscy koledzy z klasy zeznali, że w butelkach po napoju
gazowanym Sprite, stojących pod oknem po lewej stronie sali, znajdowała się wódka, i że był pan jednym z pijących. Czy pan może to potwierdzić?
Znów skinąłem głową. Miażdżyński rzucił Krupie spojrzenie: to chyba teraz wszystko jasne. Jego
protokół wzbogacił się o kolejną notatkę. Przez chwilę zastanawiałem
się, czy z tej odległości był w stanie wyczuć koniak, który przed
chwilą piłem. Gdy dotarło do mnie, o czym myślę, przed oczami stanęła
mi wyraźnie absurdalność całej sytuacji. Nabrałem powietrza do płuc.
– Ja bardzo przepraszam – zacząłem powoli. – Ja mogę oczywiście
wszystkiego nie rozumieć, mogę się na czymś nie znać. Wydaje mi się
jednak, że jestem już dorosłym człowiekiem i chciałbym być traktowany
jako dorosły człowiek. Mam trzydzieści sześć lat. To przepytywanie mnie
o formułki, o obrazki, o wypity alkohol… Państwo wybaczą, ale o czym my
tutaj rozmawiamy? Bądźmy poważni! Ja nie jestem dzieckiem! Na mnie to
już nie działa...
Krupa i Miażdżyński o mało nie otwarli ust ze
zdumienia. Balonowski spał. Żabczyńska nie wiedziała, gdzie podziać
oczy, najchętniej uciekłaby z pokoju. Zacząłem więc mówić wprost do
polityka i duchownego:
– Panowie, ja zgadzam się z programami
ministerstwa. Przy kilku z nich nawet aktywnie współpracuję. Ja
rozumiem potrzebę weryfikacji. Potrzebę oczyszczenia i potrzebę
kontroli. Ale nie zgadzam się na robienie jakiegoś jarmarcznego cyrku z
religii i z tego egzaminu. Nie zgadzam się na tę szopkę. Przestańcie
robić pośmiewisko ze mnie, pośmiewisko z mojego życia w tym kraju! Ja
jestem poważnym przedsiębiorcą, biznesmenem. Ja chcę... ja chcę żyć
normalnie.
W pokoju zaległa martwa cisza, którą dopiero po dłuższej chwili przerwał ojciec doktor.
– Pan słyszał, panie ministrze? Pan Bielmowski jest poważnym
przedsiębiorcą, i chce żyć normalnie – obaj równocześnie wybuchnęli
gromkim śmiechem.
Miażdżyński odwrócił się do mnie. Był cały czerwony na twarzy.
– Nauka społeczna Kościoła w ujęciu Jana Pawła II. Ma pan dziesięć minut na przygotowanie wypowiedzi – wrzasnął.
Rzucił
kartką i długopisem, który potoczył się i spadł gdzieś pod stół.
Schyliłem się, aby go podnieść. Z góry dochodziły do mnie ich
podniesione głosy: to niewiarygodne, do czego to dochodzi, ta
dzisiejsza młodzież, czcigodny ojcze, potworna demoralizacja,
alkoholizm w tak młodym wieku, słyszał pan, panie ministrze, praktyczny
ateizm, na pewno palił, a jak z narkotykami, niech mi pan nawet, o tym
nie mówi…Rozglądając się po podłodze, uchyliłem zasłonę zielonego
obrusu. Pod stołem siedziała Anka. Patrzyła na mnie nieobecnym
wzrokiem. Po chwili jednak wczepiła we mnie palce, próbowała
przytrzymać, całować, powtarzała w kółko jak nakręcona: kocham cię, słyszysz, potrzebuję, chodź, przepraszam cię, przecież było nam tak dobrze ze sobą, chodź, no, chodź…
– Puść mnie, wariatko – krzyknąłem szeptem. – Mam egzamin – wyszarpnąłem się spod stołu.
Spróbowałem
skupić się nad białą kartką papieru, ale Krupa z Miażdżyńskim dalej
bezceremonialnie i głośno przerzucali się nawzajem uwagami: dorosły
człowiek, słyszał pan, panie ministrze, a to dobre, ile on ma lat,
trzydzieści sześć, a ma żonę, nie, ojcze doktorze, dzieci, też nie, no,
proszę, a co z popędem, naprawdę, to już się w głowie nie mieści,
chwała Bogu, że przynajmniej nie jest jakimś gejem, co się teraz
wyprawia na świecie, kiedyś byłoby to, nie do pomyślenia…
– Aha, niech pan sobie jeszcze od razu dopisze drugi temat. Ludzka płciowość a szóste przykazanie boskie. Doliczam panu pięć minut i ani sekundy więcej – warknął zakonnik.
Na
nogach poczułem ręce Anki, która chciała wydostać się spod stołu. Siłą
wepchnąłem ją z powrotem i wetknąłem znowu głowę za obrus. Teraz
siedziała tam także Bożena, moja dziewczyna ze studiów. Na ręku
trzymała małe dziecko zawinięte w kocyk. Zobacz, jakiego masz ślicznego synka! A ciu-ciu-ciu. Powiedz, ta-ta?
– Bożena, o czym ty mówisz? Jaki synek? Przecież ty poroniłaś! –
wyrwałem jej dziecko, które okazało się plastikową lalką. Poroniłam, bo nie chciałeś tego dziecka! Nigdy go nie kochałeś! Nigdy nikogo nie kochałeś! – włączyła się Anka. Teraz zaczęły mówić razem jednym nienaturalnym głosem, jak dwa automaty: Ale
my już wszystko ci wybaczyłyśmy. Jesteś wspaniały. Cudowny.
Inteligentny. Męski. Chodź. Nie uciekaj. Co, będziesz tak do końca
życia uciekał? Chodź. No, chodź…
– Co pan tam, na miłość boską, znowu pod stołem robi? – poderwał mnie nagle Miażdżyński, aż uderzyłem głową o blat.
– Przepraszam znów mi spadł długopis… – wyprostowałem się na krześle.
Wymachując
językami i wijąc się wokół gałęzi moich nóg jak dwa jadowite węże, Anka
i Bożena zaczęły powoli wypełzać spod stołu. Miażdżyński wychylił się
ze swojego miejsca. Po plecach ściekła mi zimna strużka potu.
– No, teraz to już pan przesadził. To jest skandal! – podniósł się z
miejsca, krzyczał. – Panie ministrze, proszę o udzielenie zgody na
użycie metod nadzwyczajnych!
– Ma pan moją zgodę, proszę działać! – Krupa również wstał od stołu.
Zaczęli
zbliżać się do mnie powoli z dwóch stron, jak drapieżniki hipnotyzujące
wzrokiem swoją ofiarę. Z przepastnych czeluści swojego habitu
Miażdżyński wyjął małe, srebrne imadełko z wygrawerowanym znakiem
krzyża. Rzucił komendę: trzymać go! i poczułem jak zaciskają
się na mnie mocno obręcze dwóch par kobiecych nóg i rąk. Anka sięgnęła
mi do rozporka. Miażdżyński pojedynczymi, wprawnymi uderzeniami palca
rozwierał metalowe szczęki imadła. W panicznym odruchu odbiłem się z
całej siły nogami od ziemi. Przekoziołkowaliśmy z krzesłem do tyłu,
rozbijając się o podłogę. Na chwilę uwolniony zrobiłem szybko jeszcze
jednego fikołka i już byłem pod drzwiami. Trzymając rękę na klamce,
odwróciłem się ostatni raz do tyłu. Nadciągali czwórką, mówiąc jednym
rytmicznym głosem: Chodź! Chodź! Chodź! No, chodź!
Po
korytarzu gonił mnie, odbijający się echem od wszystkich ścian, gromki
śmiech Miażdżyńskiego, rechot Krupy i piski dziewczyn. Z budynku
ministerstwa wypadłem jak szalony. Spojrzałem na zegarek: za pięć minut
odchodził mój powrotny pociąg. Cudem nie skręcając karku na schodach,
popędziłem dalej, z otwartym rozporkiem przez miasto, prosto w kierunku
dworca. Popychał mnie i smagał bezlitośnie wiatr, który wzmógł się
jeszcze od rana. W jego gwizdach i świstach słyszałem diabelski
chichot. Uciekałem, potrącając na chodniku ludzi, którzy zatrzymywali
się, pokazywali mnie palcami i mówili coś do siebie, kiwając głowami.
Jakaś starsza pani w berecie próbowała zamachnąć się na mnie kulą, ktoś
krzyknął, posypały się upomnienia braterskie w duchu miłości bliźniego.
Na szczęście po chwili za ścianą kamienic, na tle zachmurzonego nieba
dojrzałem budynek stacji. Na otwartej przestrzeni wicher wiał jednak
tak mocno, że nie byłem w stanie zrobić kroku. Z trudem utrzymując
równowagę, przywarłem do brudnej elewacji. Widmo pociągu, mojego
wybawienia, odjeżdżającego z peronu beze mnie, stawało się coraz
bardziej realne. Trzeba było biec dalej, resztką sił, mimo wszystko.
Oderwałem się od muru. Ostatnie, najsilniejsze uderzenie nawałnicy
powaliło mnie na chodnik, zabierając też gdzieś ze sobą szarobure
chmury. Nagle zrobiło się zupełnie jasno i cicho. Leżąc na ziemi,
zaskoczony, podniosłem swoje oczy wysoko na niebo, i wtedy uderzył we
mnie z góry potężny głos. Przeraziłem się, ale jednocześnie gdzieś w
głębi serca pragnąłem, żeby coś się stało. Żeby ktoś, żeby jakaś wyższa
instancja czy wyższa siła wstrząsnęła moim życiem i moim światem. Żeby
zaprowadziła w nim choć trochę normalności, i żeby wlała w niego choć
odrobinę sensu... Początkowo znaczenie słów, wpływających wartkim
potokiem do mojego lewego ucha, było dla mnie niejasne; nie rozumiałem
ich. Czułem tylko, że dotykały we mnie czegoś istotnego, i choć
wypowiadane naprawdę łagodnym szeptem, były dla mnie bardzo
nieprzyjemne:
– Panie prezesie, panie prezesie, już piąta,
pora wstawać. Słyszy pan? No, co się pan tak na mnie patrzy? Przecież
ma pan jechać dzisiaj na konferencję do ministerstwa?
– Tak, tak, dziękuję. Już wstaję – podniosłem się do łazienki.
Pani Anetka zrobiła mi kawę i wezwała taksówkę, a przed wyjściem zapytała mnie jeszcze:
– Śniło się panu coś strasznego dzisiaj? Bo kilka razy krzyczał pan w nocy przez sen…
– Ja krzyczałem? Nic nie pamiętam. Sen mara, Bóg wiara, pani Anetko.
Niech się pani jeszcze położy, tylko najdalej o dziewiątej proszę być w
biurze. I jeszcze raz przypominam: ktoś ma cały czas być pod telefonem
w sekretariacie…
Pociąg jak zwykle spóźnił się kilka minut, a
na zewnątrz dworca przywitał mnie silny wiatr. Walcząc z podmuchami,
podążyłem znaną mi na pamięć drogą w kierunku Ministerstwa Edukacji
Narodowej. Zdecydowanie nie przepadałem za wizytami w stolicy i
wczesnymi pobudkami. Ale nie miałem prawa narzekać. Zawarty w zeszłym
roku kontrakt z rządem na zakup i instalację naszego programu
Cherubin
zmienił mój mały biznes w jedną z lepiej prosperujących na rynku firm
komputerowych. Obecnie byliśmy o krok od zakończenia negocjacji w
sprawie dostawy dodatkowego modułu
Aniołek. Jeśli
rzeczywiście doszłoby do podpisania umowy i wdrożeń w całym kraju,
mógłbym do końca życia utrzymywać się z samych tylko corocznych opłat
za konserwację i utrzymanie systemu. Gra była więc warta świeczki,
a koniunktura po ostatnich wyborach bardzo sprzyjająca...
[1] Julian Przyboś, Lipiec
[2] Zofia Nałkowska, Granica
[3] Mt 7, 26-27