· DEWIACJA, Cook Robin, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Lipski Bartosz · I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ, Gilbert Elizabeth, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Żygulska Justyna · INTRUZI, Marshall Michael, Albatros, recenzent: Cichowlas Robert · OBCY ELEMENT, Zakirov Oleg, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Kwiatkowska Anita · SKANDALE, WANDALE I..., Rachlin Harvey, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Błaszkowska Alina · ODRĘBNA RZECZYWISTOŚĆ, Castaneda Carlos, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Majewski Janusz · WYKORZYSTAJ POTĘGĘ PODŚWIADOMOŚCI W PRACY, Murphy Joseph, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Lipski Bartosz
[ RECENZJE ]
| |
|
- - www.literacka.pl - - czyli książki fabrykantów i inne
|
|
|
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach w Serwisie podaj swój adres e-mail. | |
 | Jak zbudować zwyci... |
 | FAREWELL... |
 | I Ogólnopolski Kon... |
 | publikacja , niemo... |
 | Co oznacza ocena c... |
 | No to się pochwalę... |
 | Muzyczne ogórki... |
 |
Liryka: MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA /opowiadanie/ *
Wysłano dnia 08-02-2007 o godz. 23:03:57.
|
|
Autor: zyjacynaziemi
To były nasze pierwsze wakacje bez taty. Przez cały rok bardzo cieszyliśmy się, że pojedziemy nad morze, do nowego ośrodka wczasowego z fabryki. Ale pojechaliśmy w góry, bo babcia tam się najlepiej czuła i miała znajomą panią gaździnę. W górach też było fajnie. Przede wszystkim chodziliśmy z Wojtusiem, moim młodszym bratem, po lesie i nad strumień, i bawiliśmy się też z chłopakami od pana gospodarza. Oni nas z Wojtusiem w pierwszy dzień pobili, ale potem już było fajnie, i pokazali nam wiele różnych ciekawych rzeczy w garażu i w magazynie ich taty. Najbardziej nie lubiłem tylko, jak się śmiali czasem z Wojtusia, bo Wojtusiowi czasem rączka się tak trzęsła, i on wtedy też nie mógł mówić ani chodzić. Na wakacjach obchodziliśmy także urodziny naszej mamy. Mama dostała od babci w prezencie nową, skórzaną torebkę, taką samą jak miała babcia. I babcia powiedziała jej, że teraz będzie mogła się wreszcie z czymś ludziom pokazać, i żeby w końcu zakręciła się wokół jakiegoś chłopa. Ale mamie nie za bardzo ta torebka się podobała i nawet się z babcią o coś pokłóciła. Atmosfera zrobiła się niemiła, więc pojechaliśmy z mamą bez babci do miasta, do koktajl baru. Mama kupiła nam wtedy podwójną porcję lodów, a nawet kupiła nam pepsi. A babcia nie pozwalała nam pić pepsi, żebyśmy nie mieli chorych gardeł. Wojtuś pił pepsi pierwszy raz w życiu i był bardzo zadowolony. I to było dla mnie lepsze od samej pepsi, bo ja już kiedyś piłem pepsi, bo mi tata kupił. A pewnej nocy Wojtuś zaczął głośno krzyczeć, tak, że mnie obudził, i musiałem pobiec po ciemku po mamę i babcię do drugiego pokoju. I Wojtuś powiedział, że go boli brzuch i że się bardzo boi. Na szczęście babcia wiedziała, co robić, i szybko poszła do pani gaździny, i poszły po panią doktor do wsi. Pani doktor była starszą kobietą i miała brodę, i taką dużą, skórzaną torbę, którą postawiła obok torebki babci na stole. Miała też śmieszne nazwisko, coś związanego z kupą, ale pani gaździna powiedziała, że ona jest sto razy lepsza od tych młodych, miastowych, co się na niczym nie znają. I pani doktor zapytała Wojtusia, czy jadł coś, czego inni nie jedli, na przykład coś z ziemi. Wojtuś powiedział, że nie jadł. A babcia powiedziała, że na pewno coś musiał zjeść, tylko boi się przyznać. A ja wiedziałem, że Wojtuś nic nie zjadł, bo Wojtuś nigdy nic nie robił sam, i o wszystkim mi mówił. Potem babcia znalazła plastikowy worek, w którym mieliśmy ukryte niedojrzałe jagody, bo chłopaki mieli nam załatwić metalowe rurki do plucia. I powiedziała do mojej mamy:
– Widzisz Bożenko, tyle razy ci powtarzałam, że nie można słuchać tego, co mówią dzieci. I
bardzo się ucieszyły z panią doktor, że już wiedzą, dlaczego Wojtuś się
źle czuje. A Wojtuś już chyba nie miał siły powtarzać, że on tych jagód
nie jadł, i był cały blady, więc ja zacząłem krzyczeć. Wtedy moja mama
powiedziała, że może jednak trzeba jechać na pogotowie do miasta, ale
pani doktor powiedziała, że ona też jest lekarzem i wie, co trzeba
robić, i tylko wypisała recepty. A ja się nie mogłem uspokoić i
powiedziałem, że jakby był tata, to na pewno byśmy pojechali samochodem
na pogotowie do miasta. Ale babcia mnie skrzyczała, żebym nie mówił, co
nasz tata by zrobił albo nie zrobił, bo jestem jeszcze na takie rzeczy
za smarkaty. I bałem się, że mnie zbije w buzię, tak jak kiedyś
Wojtusia, jak nie chciał jeść przy stole, gdy nie było mamy, i też mu
powiedziała, że powinien dziękować, że tak dostał, bo dzięki temu, może
będzie inny niż jego ojciec. A jak rano się obudziłem, to
torba pani doktor znowu stała na stole obok torebki babci, tylko
Wojtusia już nigdzie nie było, i nikt mi nie chciał powiedzieć, gdzie
on jest. Więc ze złości rozgniotłem te nasze twarde jagody do tych
toreb, brałem je do buzi, gryzłem i plułem, a nawet połykałem, i
robiłem tak palcem do gardła jak po niedobrym obiedzie w przedszkolu. A
potem uciekłem do lasu i pamiętam tylko, że mama mnie znalazła i
powiedziała, że Wojtuś od nas odszedł, że coś tam w jego słabym ciałku
pękło, i żebym był grzeczny, bo jej też jest ciężko i nie ma się na kim
oprzeć.
I resztę wakacji spędziłem już w domu, na osiedlu. Tylko
nie wolno mi było wtedy samemu nigdzie chodzić ani zostawać. Także
wszędzie musiałem chodzić z babcią: na zakupy, do parku. Babcia
najbardziej lubiła chodzić do kiosku Ruchu, bo lubiła sobie porozmawiać
z panią kioskarką. Ale tam nie było za bardzo co robić, a bez Wojtusia
to nawet nie chciało mi się zbierać petów czy kapsli. Więc stałem tam
tylko i próbowałem podsłuchać, o czym babcia rozmawia z panią
kioskarką. Aż przyszedł nagle jakiś pan, który miał kopertę w ręku, i
stanął obok babci. I dłuższą chwilę czekał, aż w końcu pani kioskarka
powiedziała do mojej babci:
– Przepraszam cię, Irenko, na chwilę, ale chyba ten pijaczek czegoś chce.
A
ten pan wcale nie chciał kupić wódki, tylko znaczek na list. I pani
kioskarka się zdenerwowała i powiedziała, że już od miesiąca nie
sprzedaje znaczków, bo ona nie jest jakąś panią z okienka pocztowego, i
że tu się tylko gazety sprzedaje. Co nie było do końca prawdą, bo pani
kioskarka sprzedawała też czasem mojej babci rajstopy. A wtedy ten pan
krzyknął:
– To po cholerę skrzynka pocztowa przy kiosku stoi?! – A chuj tobie stoi, zapita mordo?! Mam wezwać milicję?! Pani
kioskarka odkrzyknęła mu przez ten otwór, co się podaje pieniądze. I
potem powiedziała do mojej babci, że na kilometr alkoholem zalatuje, a
jest jeszcze przed trzynastą, i żeby babcia uważała na swoją torebkę. A
babcia powiedziała, że przed wojną, jak jeszcze żył jej mąż, to by było
nie do pomyślenia, żeby mężczyzna w ten sposób zwracał się do kobiety
publicznie. I że dziecko słucha, i się wszystkiego uczy. I pani
kioskarka się zainteresowała jakie dziecko, więc babcia mi kazała
podejść i powiedziała:
– Mojego Piotrusia pani nie zna? Prawdziwy zuch, do pierwszy klasy za kilka dni idzie!
A
ja cały czas myślałem o tym panu, co sobie poszedł, i o tym, że gdybym
miał taką kopertę, i miał znaczek, i umiał już pisać, to mógłbym
opisać, co się stało w te wakacje, i że Wojtuś wcale nie jadł tych
jagód, i że to nie przeze mnie się stało. Bo babcia powiedziała, że jak
się nie będę jej słuchał, to ona pójdzie do szkoły i powie, co robiłem
na wakacjach, i że zabrudziłem jagodami torbę pani doktor. Więc po
drodze do domu zapytałem babcię, czy taka koperta i znaczek to dużo
kosztują. A babcia mi powiedziała, że bardzo dużo, ale że jak będę
grzeczny, to mi kiedyś da.
I rzeczywiście jak odprowadzała mnie
na pierwszą lekcję do szkoły, to dała mi niebieską kopertę, z
naklejonym już znaczkiem i stemplem, i powiedziała, że tylko trzeba
będzie skreślić adresata i wpisać innego. I że jak będę się dobrze
sprawował w szkole i słuchał pani nauczycielki, to wyślemy coś razem do
dziadziusia w niebie. A ja wcale nie chciałem wysyłać do dziadziusia,
którego nie znałem, tylko do taty. I tylko się zastanawiałem, ile czasu
potrzeba, żeby się nauczyć pisać, i czy ten znaczek jest wystarczająco
duży, żeby list mógł obejść cały świat i odszukać mojego tatę. A w
klasie najpierw pani dyrektor pokazywała nam godło na ścianie i panią
wychowawczynię. A jak już sobie poszła, to pani wychowawczyni
podchodziła do każdego dziecka i pytała się na głos o imię i nazwisko,
i gdzie, i z kim się mieszka. I niektórzy nie wiedzieli jak mają na
nazwisko, i to było śmieszne. A ja nie wiedziałem, gdzie jest mój tata,
ale przede mną jakiś chłopak powiedział, że jego tata jest w Ameryce,
więc jak pani podeszła do mnie, to powiedziałem, że mój tata jest z
młodszym bratem Wojtusiem też w Ameryce. A potem pani wychowawczyni
powiedziała niestety, żebyśmy schowali zeszyty i elementarze, bo na
pierwszej lekcji nie będziemy się jeszcze z nich uczyć, tylko wspólnie
bawić. I że nauczymy się nowej piosenki. I okazało się, że dzieci,
które chodziły do przedszkola za parkiem, już znają tę piosenkę, więc
to nie było do końca sprawiedliwe. I wyszliśmy z ławek, i mieliśmy
pokazywać rękami słowa piosenki, tak samo jak w przedszkolu robiliśmy,
na przykład: mieszkamy w lesie zielonym – takie daszki z rąk, oczka mamy czarne – na oczy , buźki granatowe – na buzię, i pani też śpiewała z nami, ale nie pokazywała, tylko cały czas siedziała za biurkiem, a my śpiewaliśmy, a sukienki są zielone i seledynowe,
i tu dziewczynki miały łatwiej. A jak był refren to mieliśmy maszerować
dookoła wszyscy, i podnosić wysoko kolana i łokcie, i pamiętam, jak
pani wychowawczyni do mnie wołała: Piotruś, głośniej, głośniej, a kiedy dzień nadchodzi, dzień nadchodzi, dobrze, idziemy
na jagody, na jagody, Piotruś, kolanka wyżej, wyżej, dobrze, a nasze
czarne serca, czarne serca, wszyscy razem, biją nam radośnie bum,
tarara bum, i jeszcze raz, wszyscy razem, uwaga, teraz, głośno,
A kiedy dzień nadchodzi, dzień nadchodzi, Idziemy na jagody, na jagody, A nasze czarne serca, czarne serca, Biją nam radośnie bum, tarara bum!
Notatka: administracja się wzruszyła z przyczyn osobistych, nie jest więc w
stanie ocenić obiektywnie tego tekstu. niechaj czytelnik niepoddający
się łatwo szantażom emocjonalnym oceni sobie sam. a to blade cuś w
kolorze lodów malinowych to tylko pewna propozycja:)
|
| |
Wynik głosowania: 3.13 Głosów: 15

| |
|
| "Logowanie" | Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 12 | Szukaj |
|
| | Komentarze są własnością ich twórców. Nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść. |
R E K L A M A
|
|
Re: MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez beeneidiusz (pieczarbula@interia.pl) dnia 09-02-2007 o godz. 00:06:49 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Bardzo ładne to w kształcie blado-różowego placka, niemniej coś słabo to widać, nie mówiąc, iż bardziej to wygląda jak jogurt truskawkowy.
|
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Re: MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez emigrant dnia 09-02-2007 o godz. 07:54:13 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Bez względu na wzruszenia 'adminów', kolory lodów, czy też placków, uważam, że opowiadanie jest całkiem niezłe. Szkoda tylko, że tak szybko dobiegło końca. Po prostu, pozostaje jakiś niedosyt. Ja, osobiście, czekałem na moment, aż chłopiec nauczy się w końcu pisać i napisze list do ojca, tłumacząc mu, co się naprawdę stało...
Ogólnie, warto by to opowiadanie troszeczkę przedłużyć. Choćby odrobinę. Niemniej jednak, zasługuje (jak najbardziej) na gwiazdkę. Gratuluję.
Z Poważaniem W.M. |
[ Odpowiedz na to ]
Re: MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez zyjacynaziemi dnia 09-02-2007 o godz. 10:52:16 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net | >Niemniej jednak, zasługuje (jak najbardziej) na gwiazdkę. Gratuluję.
Dziękuję. W moim zamyśle właśnie to, co czytamy jest tym "listem do ojca". Z tym, że chłopiec jest już troszeczkę starszy (no, właśnie nauczył się pisać), więc już po drodze zrozumiał, że wysyłanie listu bez adresu nie ma sensu - "wysyła" więc do "wszystkich", korzystając z pierwszej nadarzającej się publicznie okazji jaką jest szkolne wypracowanie "Moja wielka wakacyjna przygoda". I dlatego też nie może być dłuższe (i tak jest ze dwa razy dłuższe niż przeciętne wypracowanie w tym wieku).
|
[ Odpowiedz na to ]
Re: MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez emigrant dnia 09-02-2007 o godz. 20:17:13 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Przepraszam, że nie załapałem na samym początku, iż jest to właśnie wypracowanie. Rzeczywiście, kiedy spojrzałem na tekst po raz kolejny, to jest tak, jak autor napisał. Nie 'zajarzyłem' więc, za co ogromnie przepraszam. :-)
Bez względyu na to i tak uważam, że dobre.
Z poważaniem W.M.
|
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Re: MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez rahl dnia 09-02-2007 o godz. 08:55:45 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Mam to samo co Administracja, więc nieobiektywnie powiem, że historia tak wystylizowana do mnie trafiła i to bardzo. Co do komentarza emigranta, raczej nie spodziewam się, żeby narrator miał bezpośredni wpływ na chorobę/śmierć brata, ani też wiedział co się naprawdę stało (zapalenie otrzewnej?); istotna jest tu chyba chęć udowodnienia/powiedzenia ojcu, że obaj bracia byli dobrymi dziećmi i dowiedzenia się dlaczego w związku z tym ich opuścił...(w dziecku z rozbitego domu jest takie poczucie winy i myśl, że gdyby było "lepsze" to może tato by nie odszedł) |
[ Odpowiedz na to ]
Re: MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez zyjacynaziemi dnia 09-02-2007 o godz. 11:01:22 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net | >nieobiektywnie powiem, że historia tak wystylizowana do mnie trafiła i to bardzo.
Dzięki.
>istotna jest tu chyba chęć udowodnienia/powiedzenia ojcu, że obaj bracia byli dobrymi dziećmi i dowiedzenia się dlaczego w związku z tym ich opuścił...
Mhm. I istotna jest też po prostu sama chęć kontaktu z ojcem i wiara, że gdyby był, to wszystko byłoby inaczej... |
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Re: MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez Teano (teano@poczta.onet.pl) dnia 13-02-2007 o godz. 22:42:51 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość | Dziennik) http://www.teano.portalliteracki.pl | Weszłam tu na chybiłł trafił z wielkiej oddali i trupowatego kompa, co to sie resetuje co parenaście minut, więc z konieczności musze się streszczać. Zobaczyłam że krótkie, więc postanowiłam przeczytac. Przeczytałam i nie żałuje. No, ale mialam sie stresszczac: Oto streszczenie:
Gwiazdka jak najbardziej zasłużona. Podobało mi się zakonczenie o jagódkach, taka klamra i lajtmotiv czy jak to tam sie pisze.
koniec streszczenia |
[ Odpowiedz na to ]
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2009
e-mail: redakcja{małpiatka}portalliteracki.pl"
|
|
Zalecane rozdzielczości: 1024x800 do 1280x1024.
Strona zgodna z Opera (od 5), Mozilla (od 0.9.5) Netscape (od 5) oraz IE (od 4), ale IE lepiej nie używać.
|
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.
Copyright © 2005 by Francisco Burzi. This is free software, and you may redistribute it under the . PHP-Nuke comes with absolutely no warranty, for details, see the .

|
| |
|