· DEWIACJA, Cook Robin, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Lipski Bartosz · I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ, Gilbert Elizabeth, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Żygulska Justyna · INTRUZI, Marshall Michael, Albatros, recenzent: Cichowlas Robert · OBCY ELEMENT, Zakirov Oleg, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Kwiatkowska Anita · SKANDALE, WANDALE I..., Rachlin Harvey, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Błaszkowska Alina · ODRĘBNA RZECZYWISTOŚĆ, Castaneda Carlos, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Majewski Janusz · WYKORZYSTAJ POTĘGĘ PODŚWIADOMOŚCI W PRACY, Murphy Joseph, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Lipski Bartosz
[ RECENZJE ]
| |
|
- - www.literacka.pl - - czyli książki fabrykantów i inne
|
|
|
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach w Serwisie podaj swój adres e-mail. | |
 | Jak zbudować zwyci... |
 | FAREWELL... |
 | I Ogólnopolski Kon... |
 | publikacja , niemo... |
 | Co oznacza ocena c... |
 | No to się pochwalę... |
 | Muzyczne ogórki... |
 |
Epika: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ***
Wysłano dnia 28-02-2007 o godz. 18:56:24.
|
|
Autor: zyjacynaziemi
W imię Ojca Pani Bóbr Stanisława, zamieszkała od czterdziestu jeden lat ze swoim małżonkiem, Stanisławem Bobrem, w pierwszym parterowym, białym domku na skraju wsi, od samego rana nie mogła sobie nigdzie miejsca znaleźć. Miotała się niespokojnie między kuchnią, łazienką, mężem, pokojem gościnnym i swoimi myślami. Czasu miała mało, do zrobienia dużo, a na pomoc swojego życiowego partnera, wiadomo, liczyć nie mogła: dom wysprzątać, do sklepu iść, obiad zrobić, jakiś placek upiec, krucyfiks, Biblię i wodę święconą przygotować, świecę dla ubogich zapalić, i o całą masę innych rzeczy zadbać. Bo i przecież jeszcze fryzjerkę odwiedzić, i mężu koszulę uprasować by wypadało, żeby to się jakoś nowemu wikaremu na oczy godnie pokazać... Ale tak po prawdzie przecież, to nie zajęć moc ani z czasem wyścig niepokoił panią Stanisławę dzisiaj najbardziej, ale tłukące się jej od rana jak kołatka za uszami słowa księdza proboszcza z ostatniej niedzieli: Przyjmijcie go, proszę, jak swojego brata, jak samego Chrystusa! No, bo niby jak, siłowała się pani Stanisława w myślach z księdzem proboszczem, niby jak robot, maszyna!, może być jej bratem? Jak w ogóle, zapytywała już siebie samą, ktoś może być jej bratem, skoro ten, świeć Panie nad jego duszą, od trzech lat na cmentarzu za wsią leży?
Od samego początku była zdecydowanie przeciwna sprowadzaniu
robotów do pracy w kościele i nawet na radzie parafialnej opowiedziała
swój proroczy sen, roztropnie oczywiście bez wszystkich szczegółów, o
wielkim księdzu-robocie, bezecniku czatującym wieczorami na starsze
kobiety wracające do domów z kościoła. Ale proboszcz, choć prywatnych
objawień słuchać lubił, oficjalnie i tak musiał podporządkować się
decyzji biskupa, a ta była jasna: stanowisko wikarego pozostawało
nieobsadzone od pięciu lat i dłużej na obsadzenie siłami czysto
ludzkimi czekać nie można było. Liczba parafian przypadających na
księdza proboszcza z roku na rok rosła, a księdzu, bądźmy szczerzy,
czasu i sił nie przybywało. No i prawda była taka, że w zeszłym roku,
aby objechać z kolędą wszystkich w terminie, musiał zaczynać
duszpasterskie wizyty bożonarodzeniowe z końcem lata... Wiedział, że w
czasach kryzysu powołań Kościół dopuszczał androidy do święceń, ale
myślał, że głównie po to, aby wysyłać je w jakieś dzikie i
niebezpieczne kraje misyjne. Nie sądził, że dożyje czasów, w których
android zostanie jego własnym wikarym. Nie dawał jednak niczego po
sobie poznać, a panią Bobrową zapytał tylko na radzie, czy wolałaby
może w takim razie w kościele zamiast księdza-robota księdza-kobietę
widzieć? I pani Stanisława musiała z całą szczerością przyznać, że na
pewno by nie wolała, bo przed oczami stanęła jej najpierw stara, gruba
Moniowska w ornacie i mitrze, wskazująca ją na mszy przy wszystkich
palcem z ołtarza, a zaraz potem do konfesjonału, w jej wyobraźni,
zawołała ją, tfu tfu, ta lafirynda, córka Kowalskich z naprzeciwka, w
stule i różowej spódniczce! No więc i dobrze, i niech tak będzie,
tylko niech jej nikt nie mówi, że ona jakąś schizmatyczką czy apostatką
jest, bo ona przecież Kościoła Świętego rozbijać nie chce, i jeśli taka
wola Boża, i decyzja biskupa, to ona i księdza-robota na parafii
zaakceptuje, i w domu przyjmie, ale ktoś powinien przecież wiernym
wcześniej wyjaśnić, jak się z takimi robotami w ogóle obchodzić należy?
Może najpierw jakąś instrukcję obsługi parafianom do domów wypadałoby
wysłać? Bo pani Stanisławie najbardziej zależało już teraz tylko na
tym, żeby w żaden sposób po sobie nowemu wikaremu nie dać poznać
uczucia niechęci, które wciąż, mimo modlitwy, do niego w niej się
pojawiało. Zastanawiała się więc, czy przy podawaniu ręki to się będzie
jakoś czuć, że się ma do czynienia z robotem, a nie z człowiekiem? No,
bo gdyby przy powitaniu ona wymacała tam w ręku księdza jakąś blaszkę,
śrubkę czy sprężynkę, to mogłaby przecież całkiem odruchowo cofnąć
nagle rękę, i wtedy wszystkie serdeczności, i wszystkie uśmiechy, i
wszystkie zapewnienia na nic. A z drugiej strony, co gdyby wyszedł tam
z ręki jakiś gwoździk? Czy powinna wtedy klęknąć i ucałować? O takich
sprawach jakoś nikt głośno nie mówił, a im więcej pani Stanisława
myślała o czekającej ją popołudniu wizycie, tym więcej podobnych pytań
mimowolnie cisnęło się jej do głowy, niebezpiecznie podnosząc
ciśnienie. No, bo też na przykład, czy powinna księdza-robota jakąś
kawą czy ciastem poczęstować? Niby widziała na mszy, że nowy wikary
normalnie połykał sakrament, ale z drugiej strony, był to przecież
robot, i co się dalej z tym wszystkim działo, pani Stanisława już nawet
wnikać nie chciała, i w końcu nie wiedziała, czy na skosztowanie przez
niego jej wypieków ma nalegać czy nie. I tak męczyła się sama ze
sobą, i szczerze w duchu przyznawała, że te wszystkie problemy są za
skomplikowane nawet i na jej dużą głowę. Co gorsza nie miała też za
bardzo z kim się tymi problemami podzielić, bo mąż akurat zajęty był w
pokoju oglądaniem teleturnieju i piciem piwa z puszki. A przedpołudnie
było dnia nieparzystego, więc małżonek miał święte prawo swobodnie z
cywilizacyjnego dobra korzystać. Pani Stanisława także nie lubiła, gdy
ją ktoś od ulubionych seriali jakimiś nieistotnymi pytaniami odrywał,
ale w końcu, mój Boże, jak często ksiądz ich w domu odwiedza? I to w
dodatku robot! Postanowiła więc zaryzykować i jakby nigdy nic wparowała
do pokoju: Prawdziwe, Stasiu, urwanie głowy z tą kolędą w tym roku!
Oczywiście nie zdziwiła się specjalnie, gdy mąż najpierw zwyzywał ją od
durnych i zacofanych bab, które się nowoczesności i postępu boją, a
potem przypomniał jej, jak świętej pamięci babka też nie chciała w
kuchni robota używać, i jak sama młoda pani Stanisława się z tego
śmiała. I jak zwykle od jego krzyków wszystkie te dręczące ją myśli
nagle same gdzieś się przestraszone pochowały, i mogła się wreszcie za
jakąś konkretniejszą robotę zabrać. Ale przed samą wizytą, gdy
już wszystko było gotowe, znów zaczęły zakradać się do niej w kuchni
jakieś kolejne wątpliwości. Bo była na przykład jeszcze bardzo ciekawa,
czy nowy wikary słucha Radia Świętego? Ale, masz ci los, jak zaczynała
się nad tym głębiej zastanawiać, to znów następne niechciane myśli same
do jej przepełnionej głowy się pchały. Także w pewnym momencie pani
Stanisława nie na żarty się wystraszyła, że od tego nadmiaru, to jej
dzisiaj, kolokwialnie rzecz ujmując, łeb po prostu pęknie. Ale mimo
zagrożenia nie potrafiła się pokusie oprzeć. Pobiegła tylko do
przedpokoju coś sobie na głowę włożyć, i szybko do myślenia w kuchni
wróciła. No, bo czy ksiądz ma w ogóle u siebie radio na wikarówce? Może
trzeba będzie składkę w parafii zrobić? Ona przecież chętnie po wsi by
się z listą przeszła, przy okazji po sąsiedzku tu i ówdzie okiem
rzucając. A może wikary-robot radia nie potrzebuje? Może radio ma
wbudowane w siebie, na przykład w miejscu serca? Ta myśl pani
Stanisławie wyjątkowo piękną się wydała, ale zaraz pojawiła się w jej
głowie inna, jeszcze piękniejsza. Bo jeżeli ksiądz ma wbudowane radio,
to może, o Najświętsza Panno!, ma także wbudowany nadajnik, i to dużej
mocy?! Wreszcie rozwiązałyby się we wsi wszystkie problemy z
zakłóceniami odbioru! A może, i tu pani Stanisława nagle spokorniała
wobec nieprzeniknionej mądrości Kościoła, może wikary miał także
wbudowany w siebie zestaw do odbioru Telewizji Świętej? Tak bardzo
pragnęła móc choć przez chwilę sobie popatrzeć, ale mąż stanowczo nie
zgadzał się na zakup satelity, i mówił, że będzie musiała wybierać:
albo on w domu, albo ta telewizja, bo i tak przecież ma nieludzką
cierpliwość do tolerowania tego chole**** radia. A tak, można by
przecież po mszy w kościele, albo nawet w czasie wizyty w domu, księdza
do telewizora podłączać, i trochę wreszcie tych cudów na własne oczy
zobaczyć? No, ale co, jeśli nowy wikary jest przeciw? Z młodymi
przecież nigdy nic nie wiadomo. Zapyta, a potem usłyszy coś przykrego
jak od męża. I po co jej to? Więc chyba lepiej będzie przy pierwszym
spotkaniu w ogóle tego tematu nie poruszać. Tak. Bo czemu to niby ona
pierwsza ma się pytać? Czemu za jakiegoś królika doświadczalnego ma
robić? Że pierwszy dom we wsi stoi? Akurat. Niech się inni pytają!...
A może jednak słucha? Pani Stanisława pogładziła z czułością stojący na
stole robot kuchenny z inteligentnym systemem sterowania, który dostała
od syna i synowej na pięćdziesiąte urodziny – nam dobrze służy, więc
kupiliśmy mamusi taki sam model – wspominała z rozrzewnieniem. Może nie
będzie tak źle, uspokoiła się. Tak. Przyjmą teraz w zgodzie z mężem
księdza, tak jak powiedział proboszcz: jak brata, jak samego Chrystusa.
Następnie zadzwoni do Moniowskiej i zda jej pełną relację z wizyty.
Potem w spokoju sobie wieczornej audycji radiowej w kuchni posłucha. A
dopiero na sam koniec odpłaci się staremu za tę durną i zacofaną babę z
przedpołudnia. Bo według pani Stanisławy wszystko po prostu należało
robić we właściwej kolejności – jak to się mówi: mieć w życiu
poukładaną hierarchię wartości; lub też jak lubił powtarzać ksiądz
proboszcz: gdy Pan Bóg jest na pierwszym miejscu, wtedy wszystko jest
na swoim miejscu. I pani Stanisława się z tym w stu procentach
zgadzała, i tego się w swoim, przecież niełatwym, życiu trzymała, i to
młodszym pokoleniom, na miarę swoich sił i możliwości, przekazywać
próbowała. I pełna dobrych intencji do przedpokoju wyszła, bo poderwał
ją nagle dźwięk dzwonka do drzwi rozchodzący się po całym mieszkaniu.
I Syna
Pan Bóbr Bogdan, zamieszkały od dziewięciu lat z żoną, Jadwigą Bobrową,
i dzieckiem, Tomaszem Bobrem, w domu kilkaset metrów dalej w głąb wsi,
nie wydawał się specjalnie zaniepokojony czekającą go dzisiaj wizytą.
Zza czarnych okularów od jakiejś godziny z napięciem śledził wraz z
synem powikłane losy bohaterów Nagłego ataku mutantów 9.
Oglądając, nie myślał więc za bardzo o robocie kuchennym, pechowym
podwójnym prezencie ślubnym, który podarowali z żoną jego rodzicielce
już lata temu. Prawdopodobnie także, w przeciwieństwie do pani
Stanisławy, nie myślał wiele o znamiennych słowach księdza proboszcza: Przyjmijcie go, proszę, jak swojego brata, jak samego Chrystusa!
I to nie dlatego, że uważał oglądany film za ważniejszy od przesłania
swojego duszpasterza, ale dlatego, że słów tych po prostu nie dane mu
było usłyszeć. Zeszłej niedzieli zamiast do kościoła musiał
niestety pojechać do pobliskiego miasteczka po towar. Ale nawet sama
żona pana Bogdana dowiedziawszy się, ile mąż na tym kursie zarobi,
powiedziała mu, żeby absolutnie nie miał z tego powodu wyrzutów
sumienia, bo to pod kategorię pracy koniecznej przecież podpadało. I
oczywiście pan Bogdan, jak we wszystkim, ze swoją małżonką się zgadzał,
zastanawiał się tylko, czy też to, co robił już po załadunku towaru, z
Lisiecką Teresą, właścicielką hurtowni spożywczej, czy to także
podpadało pod tę samą kategorię. I czy dałoby się też pod nią
podciągnąć to, że nie był do końca szczery ze swoim wspólnikiem
sklepowym, jeśli chodzi o ceny płacone w tej hurtowni. Bo to, że obaj
nie byli szczerzy ze swoim urzędem skarbowym, to zdaniem żony pana
Bogdana znów pod wyżej wymienioną kategorię jak najbardziej
podchodziło. I te właśnie rozmyślania nad kategoriami,
przypadłościami i różnymi życiowymi koniecznościami sprawiały, że
dzisiejsza kolęda wcale po panu Bobrze jak po przysłowiowej kaczce nie
spływała. Nie. On również pierwszą wizytę księdza-androida we własnym
domu mocno przeżywał, ale w trochę inny niż pani Stanisława sposób.
Przede wszystkim w odróżnieniu od swojej mamy pan Bogdan nie był w
temacie androidów zielony zupełnie. Po to między innymi zestaw kina
domowego z panoramicznym telewizorem kupił, po to ze swoim synem filmy
na płytach DVD pożyczał i oglądał, żeby właśnie jakieś szersze pojęcie
o tym, co się dzieje na świecie, mieć. I tak się składało, że filmów o
androidach już w swoim dorosłym życiu trochę obejrzał, i mniej więcej
potrafił sobie wyobrazić, co go mogło z ich strony spotkać. I
generalnie, tak – nie denerwował się wizytą księdza, bo był do niej po
prostu dobrze przygotowany. Po to dziś rano całą tę komedię z oczami
odgrywał, że niby spojówki ma zapuchnięte, że niby go coś piecze, że
boli, że światło razi. I żona, i krople, i te okulary przeciwsłoneczne
na cały dzień, za którymi nie widać było, czy się prosto w oczy
patrzył, czy nie. Bo patrzeć prosto w oczy androidowi, wiedział,
bezpiecznie na pewno nie było. A nowy wikary coś właśnie takiego
dziwnego we wzroku miał, i pan Bogdan przewidywał, że po modlitwie
siądą do stołu, żona herbatę i ciasto poda, ksiądz się zacznie Tomusia
pytać, do której klasy chodzi, czy na zajęcia religii uczęszcza, czy
się modli, i czy mszy nie opuszcza, a potem się samego pana Bogdana
zapyta: no jak tam, panie Bóbr, pan też do kościoła z rodziną chodzi?
żonę pan kocha? uczciwie pan pracuje? I Bogdan odpowie, że oczywiście,
że owszem, że teraz, i że zawsze, a i popatrzy się księdzu prosto w
oczy, a wtedy on, wiadomo, strzeli mu z tych swoich sztucznych ślepiów
taką czerwoną laserową wiązką, co to człowieka ogłuszy i całkiem
bezwolnym wobec androida uczyni, i pan Bogdan mu wszystko, tak przy
żonie, przy dziecku, jak na spowiedzi świętej powie. A potem to już
nawet nie chciał myśleć, co by się działo, bo teściowie przed ślubem
cały dom córce zapisali, a i sklep we wsi do wspólnika należał. Więc i
mieszkać nie miał by gdzie, i pracować, a i syna by mu pewnie też nie
pozwalali widzieć. Był więc bardzo zadowolony z tej swojej
przezorności i sprytu, i w tych swoich okularach ciemnych spokojnie
sobie na księdza czekał, tylko czasem zastanawiał się jeszcze, czy za
mało gotówki do dania w kopercie nie miał. Bo w tych okolicznościach to
on nawet chętnie złożyłby większą ofiarę, ale jechać do miasteczka do
bankomatu teraz wieczorem, to już mu się, powiedzmy szczerze, nie
chciało. Ale pamiętał też, że syn, który ministrantem, opowiadał, że
nowy wikary to sobie jakoś przed mszą w zakrystii kazania z komputera
prosto do głowy ładuje, i kartkę tylko dla niepoznaki bierze, bo
wszystko, nawet długie listy konferencji episkopatu, tak naprawdę z
pamięci mówi. I pan Bogdan sobie pomyślał, że taki nowoczesny ksiądz,
to już nie tylko, że z czytnikiem kart płatniczych powinien po ludziach
jeździć, ale wręcz przecież powinien mieć terminal w siebie wbudowany,
na przykład w miejscu kieszeni. Zresztą, jeśli o pana Bogdana chodziło,
to ksiądz ten otwór do wkładania mógł mieć w dowolnym miejscu, mógł też
tego otworu w ogóle nie mieć, bo sama szpara do przeciągania karty też
by wystarczyła. I jakoś tak nie wiedzieć czemu, wrócił znowu
myślami do Lisieckiej Teresy, i do filmu z wypożyczalni, co to go
ostatnio oglądał, oczywiście, że nie tutaj w domu, takie, tfu tfu,
świństwa przy dziecku, ale na komputerze, na zapleczu w sklepie. I tak
mu się jakoś wesoło i lekko na duchu zrobiło. Bo w sumie dawał sobie
radę w tym życiu, i jakoś ten swój wózek pchał, i ciągnął, i koniec z
końcem wiązał. I popatrzył sobie z dumą na swojego pierworodnego, i
dopiero teraz dostrzegł, że syn od wpatrywania się w rozjaśniony na
pełny regulator ekran, oczy już tak mrużył, że aż mu łzy po policzkach
ciekły. I żal mu się dzieciaka zrobiło, bo co on w końcu taki mały,
nikomu nic nie winny, miał się męczyć? Za co miał cierpieć? I jakaś
taka nagła wściekłość w nim zawrzała: a to ogólnie na niesprawiedliwość
na świecie, a to trochę na Pana Boga, a i to na nowego księdza,
androida pieprzonego, ale też i trochę na małżonkę jego, Jadwigę,
garnkami się w kuchni tłukącą, jak film z dzieckiem oglądał. Zaraz też
jednak małego w głowę stuknął i spytał, czemu od mamy sobie drugich
okularków nie weźmie? I dalej już obaj wygodnie i komfortowo zza
czarnych, plastikowych szybek na błyskający, szklany ekran sobie
patrzyli, i pan Bogdan był znów z siebie zadowolony, i uśmiechnął się
do syna, i przybili piątkę, i wiedzieli, że są gośćmi, że są
prawdziwymi kumplami, i że razem to oni nie takie androidy będą jeszcze
w życiu bujać, a jak i trzeba będzie, to i wpierdol im spuszczać. I
nawet pani Jadwiga na nich z kuchni spojrzała, i serce w niej urosło, i
Panu Bogu w duchu podziękowała, że takich dwóch wspaniałych mężczyzn w
domu ma. I pan Bogdan postanowił sobie, że w te wakacje pozwoli nawet
synowi towar z vana w sklepie rozładowywać, i może, zobaczymy, może
trochę piwa skosztować mu da. A na razie niestety od telewizora musiał
sobie krótką przerwę na spacer do garażu zrobić, bo suszyło go
okropnie, a w domu przy dziecku to żona pić mu nie pozwalała. Po drodze
jednak na ministrantów się natknął, a ci powiedzieli mu, żeby nigdzie
się nie wybierał, bo ksiądz za minutę wizytę u sąsiadów skończy i do
niego przyjdzie.
I Ducha Świętego. Enter
Ksiądz Wójcik Marek, zamieszkały od miesiąca w drewnianej wikarówce na
drugim końcu wsi pod lasem, wracał późno wieczorem do siebie po całym
dniu ciężkiej pracy. Ministrantów rozpuścił już do domów, szedł więc
sam, chrzęszcząc butami po śniegu, i patrząc w górę na piękne,
rozgwieżdżone niebo, i w dół na kolorowe światła pobliskiego
miasteczka. Był bardzo zmęczony – wyczerpany nadmiarem kontaktów z
ludźmi, choć ci przecież tutaj odnosili się do niego z ogromnym
szacunkiem, życzliwie, z niekłamanym ciepłem. Wiedział, że jako ksiądz
nigdzie na świecie nie mógł liczyć na serdeczniejsze przyjęcie, a
pracował już przecież w wielu krajach i miał porównanie. Męczyło go co
innego: czuł się od swoich nowych parafian gorszy. I nie chodziło mu o
grzechy, na które przecież starał się miłosiernie nie zważać, ale o
wiarę jego ludu, która tutaj, znów jak nigdzie na świecie, była tak
mocna, tak silna, tak niepodważalna, tak bezdyskusyjna. A on? Mnożył
pytania, zadręczał się, szukał odpowiedzi. Wracał myślami do
tego, co czuł, wybierając życiową drogę powołania i służby. Próbował
przywoływać w sobie to, co podczas nauki w seminarium było takie silne,
klarowne, wręcz namacalne. A co niestety robiło się coraz słabsze, w
miarę jak wchodził głębiej w skomplikowany świat ludzi, i
paradoksalnie, w miarę jak tego coraz bardziej naprawdę potrzebował.
Wciąż niestrudzenie co wieczór nastawiał swój odbiornik i cierpliwie
minimetr po minimetrze przeszukiwał całą szerokość skali. Ale od lat
albo odpowiadała mu głucha cisza, albo jakiś niezrozumiały galaktyczny
szum, albo głosy, co do których nie miał żadnej pewności, czy
rzeczywiście pochodziły Stamtąd – jakaś natrętna wewnętrzna słabość
kazała mu zawsze pytać o ich źródła i o metody ich weryfikacji. Nie,
nikt nie mógł mu zarzucić, że był zamknięty, że nie szukał, że nie
próbował, że się nie otwierał. Ale prawda była też taka, że z roku na
rok robił to z coraz większym zniechęceniem i bez nadziei – ostatni
sygnał z Centrali odebrał może jakieś dziesięć lat temu, w rok po tym,
jak rozpoczął pracę na swojej pierwszej parafii. I nie chodziło mu
oczywiście o sygnał z pałacu biskupiego czy stolicy apostolskiej, bo z
nimi połączenie miał przecież zawsze aż nadto dobre...
Podejrzewał, że Bóg musiał najwyraźniej obrazić się na niego
śmiertelnie za coś lub po prostu o nim zapomniał. Albo też grał z nim w
jakąś kosmiczną grę, której reguł do końca nie rozumiał, i ta długa
cisza znaczyła na przykład Berek, teraz ty gonisz, a on zamiast się bawić stał bez ruchu na środku dużego boiska i wołał przestraszony po zmroku: Tato, chcę już do domu.
A może Bóg umarł gdzieś daleko i nikt nie powiadomił go o jego śmierci,
bo nie został uwzględniony w testamencie? Bo może jego Bóg był po
prostu tylko Bogiem ludzi? I jako ułomnej istocie drugiej kategorii
pozostawało mu jedynie podziwiać ich męstwo w trwaniu w wierze mimo
doświadczeń i przeciwności losu?... Po takich dniach jak
dzisiejszy czuł się jak maszyna, która wykonała sprawnie wszystkie
przydzielone jej zadania w ogromnym kombinacie: bez pytania o sens,
posłusznie, bez przeszkadzających uczuć. Tak, jestem robotem w fabryce
– biczował się – w zasięgu mojej metalowej szczęki są tylko sprawy
doczesne: pobieram je z taśmy, żuję mechanicznie na papkę i wypluwam za
siebie ich równie doczesny, co nic nieznaczący, przemijający wynik.
Jestem tylko androidem – zamkniętym w swojej świadomości jak w klatce,
uwięzionym od lat w ciasnym kręgu ciągle tych samych spraw, zawsze
daleko od eschatologicznego horyzontu, bez jakiegokolwiek autentycznego
kontaktu z Transcendencją, która mogłaby ze mnie uczynić człowieka.
Tylko czy taki kontakt był w ogóle możliwy??... Wielu zapewniało
go, że tak. Dlatego początkowo próbował się jeszcze ratować, zwierzając
się z trudności ludziom, w tym również swojemu proboszczowi. Ale
przełożony po krótkiej rozmowie poskarżył się na niego w kurii, i
ludzie zaczęli szeptać za plecami, że musiał zbyt długo za granicą być,
skoro mu się tak porobiło. A niektórzy wręcz mówili, że to obce służby
przeprogramowały mu głowę, i wkrótce musiał opuścić parafię z etykietką
księdza-agenta, jakby jedno pierworodne znamię w życiu było na nim zbyt
mało widoczne. Nie rezygnował jednak z poszukiwań, stał się tylko
ostrożniejszy. W dzień oficjalnie jako ksiądz Marek Wójcik moderował
portalem Bóg z Tobą, nie używając słowa wątpliwość, tak by pod jego wypowiedziami mógł postawić imprimatur nawet najbardziej ortodoksyjny i konserwatywny biskup. Ale w nocy już anonimowo jako agnostyk71
pytał dalej i próbował szczerze rozmawiać. Starał się także kontaktować
ze znanymi osobami, które odważnie, publicznie przyznawały się do
swojej wiary. Zazwyczaj jednak natrafiał na ludzi, którzy albo go
ignorowali, albo udawali, że nie rozumieją, o co ich pyta, albo tak jak
on nie wiedzieli nic, lub wręcz przeciwnie, wiedzieli wszystko, łącznie
z tym kim był, dla kogo pracował, jakie miał preferencje seksualne i
jaki zawód wykonywała jego mama, której nigdy nie poznał… W końcu
doszedł do wniosku, że nie może dłużej oszukiwać ludzi, że musi
wreszcie uczciwie przyznać, kim jest, co naprawdę myśli i co czuje.
Skołatany i jeszcze młody myślał o jakimś spektakularnym geście. Chciał
na przykład, jak święty Franciszek, zrzucić z siebie publicznie sutannę
i obnażyć się przed wiernymi, proboszczem i biskupem. Ale bał się, że
zgorszeni ludzie wywleką go z kościoła, przegonią po wsi, a na koniec
popieszczą prądem z transformatora i zawieszą na drzewie, ku
przestrodze innym… I dlatego był w życiu tu, gdzie był: szedł
zmęczony wiejską drogą w kierunku wikarówki, której ośnieżony dach w
świetle księżyca mrugał już do niego setkami gwiazdek. A może
powinienem odejść tak po prostu – myślał – pożegnać się z powołaniem i
swoimi metafizycznymi potrzebami po cichu, bez dramatycznych gestów? I
nie, że dobrze, pomyślę jutro, ten rok się jeszcze przemęczę, a potem
zdecyduję. Nie, teraz. Co mnie tu u diabła w końcu trzyma? Ta mała
drewniana budka pod lasem? Tylko, że tak naprawdę to gdzie miał iść?
Bez pieniędzy, bez mieszkania, bez żadnego konkretnego fachu w ręku. Z
czterdziestką na karku. To byłoby zwyczajne samobójstwo. A może
powinienem właśnie… Nie dane mu jednak było dokończyć myśli, bo
gdzieś blisko w lesie trzasnęła z hukiem gałąź, i nagły dreszcz
przeszedł mu po plecach. Obrócił się i zdało mu się, że zobaczył jakąś
skuloną postać uciekającą w głąb lasu. Psy we wsi się rozszczekały,
sowa odezwała się trzy razy, wiatr jakiś taki zimny, trupi, przenikliwy
zaczął nagle w twarz mu wiać, i ksiądz Marek doszedł do wniosku, że
jednak jeszcze tę noc spędzi w wikarówce. Nie, żeby był zabobonny, ale
tak jakoś sobie pomyślał, że to może zły chodził po tym lesie i go
złymi myślami kusił? A ze złym, pamiętał jeszcze z seminarium, nie
można było wchodzić w dialog. I na pokusę był tylko jeden skuteczny
środek. Pobiegł do domu, przekręcił energicznie klucz w zamku,
szybko pozbył się wierzchniego odzienia w przedpokoju i rzucił się na
biurowy klęcznik przy komputerze. W wyuczonym geście pokory i
posłuszeństwa pokłonił się najpierw głęboko, a następnie, nie podnosząc
wzroku, lewą ręką odgarnął włosy z karku, a prawą sprawnie wbił sobie
pięć dziesiątków tajemnic bolesnych różańca, wszystkie przepisane na
dziś czytania brewiarzowe, ostatni list biskupów, świeże wątki z forum
dyskusyjnego ze strony parafialnej i maile. Chwilę zajęło mu
odfiltrowanie spamu, ale w końcu nowe dane zasiliły obfitym strumieniem
jego system informacyjny. Poczuł przyjemnie rozchodzące się ciepło, i
wciąż klęcząc, i zaciskając oczy, wydał z siebie przez półotwarte usta
krótki i cichy jęk ulgi. Zaczynało kręcić mu się w głowie. Namacał
brzeg łóżka ręką i opadł na nie w ubraniu, zapominając nawet o
rozpięciu koloratki. Leżąc, skonstatował, że poranną mszę odprawia
jutro proboszcz, i z uśmiechem na twarzy przełączył się w tryb stand by
aż do godziny dziewiątej. Na granicy jawy zdążył jeszcze tylko krótko
pomodlić się własnymi słowami do świętego Arnolda, patrona
księży-robotników drugiej generacji, i z nadzieją na jakiś może
proroczy sen zasnął.
Sen księdza Marka, czyli o czym śnią androidy w sutannach (tylko dla zainteresowanych)
W nocy przyśniło mu się, że został członkiem rodziny bobrów. I razem z
innymi pływał sobie w białej obroży po rzecznym rozlewisku za lasem,
szukając pod wodą co smaczniejszych korzonków i kłączy. I razem z
innymi o świcie zabrał się za ścinanie drzew. Tylko, że nie wiedzieć
czemu, we śnie siekacze miał dalej normalne, swoje małe, i strasznie
się tym ścinaniem męczył. Gryzł, ale kora wchodziła mu do zębów, drewno
było jakieś twarde, krztusił się i pluł wiórami, ruszając nerwowo przez
sen górną wargą. I gdy zobaczył, że wokoło inne bobry sprawnie, szybko
i bez gadania ścinają już następne drzewa, zrozumiał, że był po prostu
gorszy. Postanowił sobie, że się jednak nie podda: on, Marek
Wójcik, pokaże jeszcze wszystkim, na co go w życiu stać! I zawziął się
w sobie, na ambicję sobie wjechał i przysiągł, że choćby miał do późna
w nocy pracować, wszystkie flaki z siebie wypruć, i choćby miał nawet
przy tym jednym cholernym drzewie zdechnąć, to się przez nie
przegryzie. I tak gryzł i gryzł dalej, i kaleczył pień zębami, aż w
końcu ze wsi przyszli ludzie, i zaczęły się strzały, i zarzucanie
sieci. I nie wiedział, co zrobić, bo czuł się rozdarty w sobie; bo jako
Marek Wójcik przysiągł przecież przegryźć się przez drzewo, jako bóbr
wiedział, że trzeba było uciekać, a jako ksiądz chciał zawsze wierzyć w
dobroć człowieka. I gdy wśród ludzi dostrzegł panią Stanisławę, to miał
nadzieję, że ona go po białej obroży pozna, i nic mu się złego nie
stanie. Więc zaczął podskakiwać niespokojnie przy tym swoim drzewie, po
bobrzemu się uśmiechać i machać do niej łapką. I pani Bobrowa podeszła,
i też się szczerze uśmiechnęła, i też rękę do niego zza pleców
wyciągnęła. Tylko, że w ręce tej miała wielki cedzak kuchenny, i
ksiądz Marek, sam już nie wiedząc jak i kiedy, znalazł się nagle w
klatce na króliki w domu pani Bobrowej przy otwartym na pełny regulator
radiu. I męczył się biedaczek okropnie, ogonem tłukł o pręty, i byłby
pewnie od tego wszystkiego po prostu sfiksował, gdyby nie Hans Kloss,
który wdarł się do kuchni, by go uratować, gdy tylko pani Stanisława
wyszła za potrzebą. Bo dzielny kapitan, po tym jak go kombatanci
zdemaskowali jako obcego agenta, a prezes publicznej telewizji nazwał
demoralizatorem młodzieży, ukrywał się przed ludźmi w lesie, i rano
obserwował zza drzew wszystko, co się nad rzeką działo. I teraz
naprawdę ryzykował, biegnąc po wsi z księdzem Markiem w klatce, myląc
jak się da tropy, i szukając działającej budki telefonicznej. I gdy
wreszcie wpadł zdyszany do kabiny, to podniósł słuchawkę, włożył w
pośpiechu kartę do automatu, wybrał numer i zaczął nerwowo się
dopytywać: Centrala? Centrala?! Ale ze słuchawki odpowiedziała mu tylko
głucha cisza. I ksiądz Marek spojrzał na Hansa z dołu, i już obaj
wiedzieli, że nie było dobrze. I w sumie nie miało znaczenia, czy
to z tą centralą było w końcu coś nie tak, czy też znów kolejny automat
był zepsuty, czy agent J-23 nie znał poprawnego numeru, czy też może
skończyły mu się już wszystkie impulsy na karcie. Nie miało to
znaczenia, bo wzburzony tłum otoczył już szklaną budkę, i ksiądz Marek
przez szybę zobaczył znów panią Stanisławę, z widłami, jej syna
Bogdana, z łopatą, wnuka Tomusia, z grabkami i wiaderkiem, i księdza
proboszcza, z kropielnicą. I zrozumiał, że na wszystko było już za
późno. Że tym razem to nawet Klossowi się nie udało. Więc chwycił się
tylko łapkami za pręty klatki, spuścił głowę, rozpłakał się jak bóbr i
bardziej siebie niż kogokolwiek innego ostatni raz przez łzy zapytał:
Centrala? Centrala?? A wtedy stał się cud, bo jak to się w snach
zdarza, nagle bez żadnej logiki i większego sensu, zaczęło mu się śnić
zupełnie coś innego. Tylko, że jak to z kolei w życiu często bywa,
słodki sen przerwał mu zaraz nieprzyjemny dźwięk budzika. I ksiądz
Marek obudził się zły na siebie. Bo pomyślał sobie, że gdyby się tak
głupio nie upierał wtedy przy gryzieniu tego drzewa, i tyle czasu nie
stracił tam nad rzeką, to może mógłby sobie przyjemnie pośnić troszkę
dłużej. A tak, kolorowy sen rozpadł mu się nagle na tysiąc drobnych
kawałeczków, które zaczęły uciekać przed nim szybko na wszystkie
strony. Próbował je gonić, rękami i siatką na motyle po całej wikarówce
łapać, ale z całego tysiąca udało mu się pod zamkniętą powieką uwięzić
tylko jednego małego aniołka, który uśmiechał się do niego, i
trzepocząc rzęsami i skrzydełkami, strącał mu do oka złoty pyłek. I gdy
powrócił z pogoni, i umieścił się w końcu w klęczniku, to jeszcze przed
poranną modlitwą zapragnął popatrzeć sobie na niego z bliska, choć
przez jedną krótką chwilkę. Spojrzał, i jak to się czasem w życiu nawet
androidom zdarza, najzwyczajniej w świecie, po prostu się rozmarzył.
|
| |
Wynik głosowania: 4.57 Głosów: 14

| |
|
Użytkownicy, którzy dodali ten tekst do swoich ulubionych:
|
|
|
| "Logowanie" | Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 53 | Szukaj |
|
| | Komentarze są własnością ich twórców. Nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść. |
R E K L A M A
|
|
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez rahl dnia 28-02-2007 o godz. 22:05:29 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Ja bym jeszcze zieloną dorzuciła, za pomysł, "rozmyślania nad kategoriami, przypadłościami i różnymi życiowymi koniecznościami" i sen przecudnej urody, a zwłaszcza konstatację: "Bo pomyślał sobie, że gdyby się tak głupio nie upierał wtedy przy gryzieniu tego drzewa, i tyle czasu nie stracił tam nad rzeką, to może mógłby sobie przyjemnie pośnić troszkę dłużej.":))
Najmniej podoba mi się część trzecia; jakoś te metafizyczne niepokoje Księdza Wójcika Marka zburzyły mi klimat (szczęśliwie uratowany końcóweczką dla zainteresowanych) i znudziły nieco. |
[ Odpowiedz na to ]
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez rahl dnia 01-03-2007 o godz. 09:57:21 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | No i masz tę zieloną:)) Co do trzeciej części to dlatego niezbyt się podoba, gdyż - jak dla mnie - nijaka; ani śmieszna ani nie stanowi kontrapunktu... (taki trochę agnostycyzm/ewentualnie bunt naiwny, nie przystaje do androida:))
A tak w ogóle to dlaczego w podpoście do Kapturka forma żeńska ("łam")?:)
|
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez zyjacynaziemi dnia 01-03-2007 o godz. 10:44:39 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net | >nie przystaje do androida:))
No co Ty, androidy tak właśnie czasem mają. Trzecia część miała być dramatyczna z elementami humoru. Rozumiem, że może nie trafiać. Być może po dwóch pierwszych jest też za duży przeskok tematyczny i stylistyczny. Być może czytelnik nastawiony na przedstawienie spotkań z księdzem trochę się rozczarowuje.
>A tak w ogóle to dlaczego w podpoście do Kapturka forma żeńska ("łam")?:)
Bo to pisałam ja, pensjonarka Państwowego Zakładu Wychowawczego, autorka ;-)
|
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez zyjacynaziemi dnia 01-03-2007 o godz. 10:44:58 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net | >nie przystaje do androida:))
No co Ty, androidy tak właśnie czasem mają. Trzecia część miała być dramatyczna z elementami humoru. Rozumiem, że może nie trafiać. Być może po dwóch pierwszych jest też za duży przeskok tematyczny i stylistyczny. Być może czytelnik nastawiony na przedstawienie spotkań z księdzem trochę się rozczarowuje.
>A tak w ogóle to dlaczego w podpoście do Kapturka forma żeńska ("łam")?:)
Bo to pisałam ja, pensjonarka Państwowego Zakładu Wychowawczego, autorka ;-)
|
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez Cegla dnia 28-02-2007 o godz. 22:09:52 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Ohohohohohohho, dziewczęczy chichot się z mych piersi wyrwał :) Odświeżająco karkołomne. Druga część czyli perspektywa księdza zdecydowanie najlepsza, a sen Księdza Marka /przypadek? ;)/ kilkugwiazdkowy :)))))).
|
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez zyjacynaziemi dnia 28-02-2007 o godz. 22:50:59 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net | Dziękuję! Wyrywanie dziewczęcych chichotów z piersi - ach, niejeden autor by pomarzył :-) Zauważyłem już "w domu", że jeśli chodzi o części tego opowiadania, to czytelnicy dzielą się wyraźnie na grupy fanów: "Pierwsza i druga!!", "Trzecia, trzecia!!", "Czwarta rulez!!!". Zobaczymy, która będzie silniejsza na FL :-)
Pozdrawiam |
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ * (Ocena czytelników: 1) przez zyjacynaziemi dnia 28-02-2007 o godz. 22:58:31 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net | >a sen Księdza Marka /przypadek?
Sen księdza Marka, czyli o czym śnią androidy w sutannach to świadome nawiązanie do tytułów dwóch klasyków. Jeśli powiedziałbym, że do treści, to w pierwszym przypadku bym skłamał :-) |
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez xminutka dnia 28-02-2007 o godz. 22:53:34 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | | Ciekawy pomysł, dwie początkowe części zdecydowanie lepsze niż trzecia, której w sumie nic nie brakuje, a sen... dla zainteresowanych. :) Bardzo miła lektura. Podoba mi się jak oddajesz sposób myślenia bohaterki pierwszej części i jej pomysły dotyczące wykorzystania androida. Dobrze oddane są też jej niepokoje, lubię taki humor. pozdrawiam |
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez werjust (werjust@poczta.onet.pl) dnia 01-03-2007 o godz. 01:34:06 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://werjust.blox.pl/html | Fajne opko, podobało mi się. Zielona gwiazdka jak najbardziej- zwłaszcza przy drugiej części czułam się rozbawiona. Stylistyka ok, fajne, coś nowego. Tylko mam wrażenie, że w niektórych zdaniach jest za dużo przecinków. Wiem, że to niby ma wyglądać jak monolog narratora, ale gdzieniegdzie po prostu mam wrażenie przesytu. Pierwsza części najmniej mi się podobała- muszę przyznać, że nawet po części trochę znudziła. Miałam wrażenie jakby ciągle te same lęki i wyobrażenia pani Bobrowej były powtarzane. Druga część już lepiej- szybko przebrnęłam przez absurdalny świat syna Bobrowej i małego Boberka, zwłaszcza przypadłu mi do gustu te fragnemty w których była mowa o tym co jest a co nie jest grzechem wg pani Bobrowej (żony syna). No i w końcu wyjaśniło się skąd ten robot. Trzecia częśc mi się podobała- dwie odsłony księdza- ta wierząca i ta ateistyczna. Zaczynam się zastanawiać kto tak naprawddę z tych wszystkich osób wierz y Boga i to co robi. W końcu dla Bobrowej wizyta księża to wybadanie obcego, przygotowanie stołu i męża. Dla syna to ochrona przed prawdą. Dla samego księdza- nudna powinnośc, którą z razji wykonywanego zawodu trzeba "odbębnić". Więc po co jest? I gdzie w tym wszystkim jest stwórca wokół którego to wszytsko się kręci? Czwarta- sen :) No dobre, dobre. Rozbawilo mnie na całego. Rozumiem, że posłużyłeś się J23 a nie Chuckiem Norrisem aby podkreślić, że akcja w Polsce się dzieje? ;) Acha pomysł z bankomatem zamontowanym w kieszeni, czy dobiornikiem radiotelewizyjnym- dla mnie strzał w 10 ! To by było na tyle Pozdrawiam! |
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez zyjacynaziemi dnia 01-03-2007 o godz. 09:06:47 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net | Werjust, dzięki wielkie za wszystkie spostrzeżenia! O to mi chodziło tak naprawdę - żeby czytelnik zadał sobie pytania, które tu postawiłaś. Sprowokować miały wszystkie części, ale trzecia była oczywiście w tym przypadku najważniejsza. Wyszło, że większości podoba się najbardziej pierwsza i druga. Co do J23 - oczywiście! poza tym kapitanowi udawało się nawiązywać kontakt z Centralą, a o Chucku w tym temacie nic nie wiem. Zresztą całe to opowiadanie jest nasączone polskimi klimatami: polska wieś, ksiądz po kolędzie, Radio Święte ;-) - tego za granicą nie ma.
Pozdrawiam.
|
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez werjust (werjust@poczta.onet.pl) dnia 01-03-2007 o godz. 11:32:52 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://werjust.blox.pl/html | Dla mnie 1 część jest najmniej interesująca (teraz posypią się gromy na mą głowę). Słuchaj, ale przez przypadek udalo Ci się zachaczyć odrobinę równiez o Matrixa ;) W końcu oni też do budek (poprawna forma?) telefonicznych latali i łączyli się z centralą ;) Uważam, że cudnie ukazałeś wieś polską i to nie tylko pisząc o kolędzie, kulturze przyjmowania księdza i zabobonach, ale również poprzez detale. Mam tu na myśli nie działająca budke telefoniczną- w Niemczech byłoby to nie do pomyślenia ;) Radio Święte- to też było dobre! Przypomina mi się jedna scena z polskiego filmu, gdzie nowoczesny ksiądz spowiadał przez internet, robiąc znak krzyża, wypowiadając odpowiednią formułke i klikając ENTER ;) zawsze mnie ta scena rozbawiała ;) Dobry tekst Pozdrawiam
|
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez zyjacynaziemi dnia 01-03-2007 o godz. 14:46:16 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net | >Dla mnie 1 część jest najmniej interesująca (teraz posypią się gromy na mą głowę).
Jeśli gromy, to nie ode mnie. Treściowo też myślę, że jest najsłabsza, ale ratuje ją (jak dla mnie mocno) humor.
>udalo Ci się zahaczyć odrobinę równiez o Matrixa
Rzeczywiście, nie pomyślałem o tym :-) Nie pamiętam, czy w Matrixie wszystkie telefony działały, ale jeśli nie, to znaczyłoby to, że Wachowscy musieli syndrom niedziałającej budki wyssać z mlekiem matki ;-)
|
[ Odpowiedz na to ]
|
|
[ Odpowiedz na to ]
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez Rotkappchen dnia 03-03-2007 o godz. 00:03:37 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Khym, ten tego... Właściwie interesuje mnie taka rzecz - o ile to nie tajemnica - skąd Ci to przyszło wszystko do głowy? Bo widać, że pisane swobodnie, bez mozolenia szczególnego. A ja osobiście uwielbiam androidy i nawet o nich myślę często, a bym nie wpadła na księdza-androida, co mnie nawet trochę teraz wkurza ;-) Jedyne co mi przychodzi do głowy to, że początek mógł być gdzieś około owiec... ale bardzo bym chciała wiedzieć, jak było naprawdę. PS: mnie się ta część "rozterkowa" podoba, Agnostyk71 jest bardzo zabawny w kontekście, a spowolnienie rytmu i nieco odmienny ton, moim zdaniem dodają całości przestrzeni - nie spłaszczałabym tego poprawkami, przynajmniej nie takimi dążacymi do utrzymania tam fajerwerkowości tekstu.
|
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez zyjacynaziemi dnia 03-03-2007 o godz. 10:15:09 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net | | Rotkappchen, cieszę się, że podoba Ci się trzecia część. Postaram się tam poprawkami tylko poprawić, nie zepsuć. Co do pomysłu. Przed zabraniem się do pisania dość intensywnie, zwłaszcza nocami, myślę o różnych tematach, motywach, scenkach – podpatrzonych, wymyślonych. Wiedziałem, że chcę napisać o dobrym ludzkim robocie (np. takim, co po zagładzie nuklearnej uczy ocalałe ludzkie dzieci ludzkiej mowy swoim metalicznym głosem). Z drugiej strony miałem w głowie pełno śmiesznych scenek dotyczących kościoła (np. ksiądz wściekający się na rozrabiające podczas mszy dzieci, a w drugim zdaniu mówiący: Kochani, a więc Bóg przyszedł do nas jako dziecko). I w pewnym momencie od jednego do drugiego przeskoczyła iskra i zrozumiałem, że mój android będzie księdzem. Reszta to już praca wyobraźni :-) |
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 0) przez Anonimus dnia 03-03-2007 o godz. 12:17:40 | Ano właśnie te iskry przeskakujące tu widać i że mają między czym przeskakiwać też ;-) Dopracować, myślę, opowiadanie warto i wysłać do jakiejś Nowej Fantastyki, czy czegoś innego.
Z takich kosmetycznych rzeczy, to można sobie o myślniku przypomnieć. Niby teraz jest jakiś taki trend, żeby wszystko przecinkować, ale sobie myślę, że to opowiadanie raczej nie jest prozą eksperymentalno-offowo- jakąś tam, a mnie by myślnik zamiast przecinka nieraz upłynnił czytanie. Np.:
No, bo niby jak - siłowała się pani Stanisława w myślach z księdzem proboszczem - niby jak robot (maszyna!) może być jej bratem? Jak w ogóle - zapytywała już siebie samą - ktoś może być jej bratem, skoro ten (świeć Panie nad jego duszą) od trzech lat na cmentarzu za wsią leży?
Chodzi o takie używanie interpunkcji, żeby zdania były przejrzyste, bo raczej długie piszesz.
A druga rzecz - inwersje, wyrzucanie czasowników na koniec zdań, stylizacja na "mowę prostego ludu". Jest ok, ale myślę, że niekiedy można zostawić normalny szyk. Właściwie zależy od rytmu danego fragmentu, kiedy to ma być, no i od tego, kto akurat mówi, czy czyje myśli są przekazywane (narratora czy np. pani Stanisławy). Np.:
Bo przecież jeszcze i fryzjerkę odwiedzić, i mężu koszulę uprasować by wypadało, żeby to się jakoś nowemu wikaremu na oczy godnie pokazać... Ale tak po prawdzie, to nie moc zajęć ani wyścig z czasem najbardziej niepokoił panią Stanisławę, ale tłukące się jej od rana jak kołatka za uszami słowa księdza proboszcza z ostatniej niedzieli
Wycięłam też powtórzenie "przecież" (drugie niepotrzebne, bo zdanie i tak zawiera przeciwstawienie) i "dzisiaj", bo i tak wiadomo kiedy, gdyby było od rana we wtorek, to byś zaznaczył, że wtedy.
Tzn. ja bym wolała tak ;-)
pzdr.
|
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez zyjacynaziemi dnia 03-03-2007 o godz. 13:18:41 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net | Przyjąłem, przemyślę, w ciągu dwóch tygodni dam wymijającą odpowiedź... - dzięki ;-) A tak swoją drogą, coś innego oprócz Nowej Fantastyki, to co by mogło być? |
[ Odpowiedz na to ]
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez Rotkappchen dnia 04-03-2007 o godz. 06:26:09 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Albo można przykładowo poszukać : Katalog [katalog.czasopism.pl] albo przykładowo na głównej stronie FL się reklamują 'Opowieści'. A by się nie nadawało przykładowo do "Niedzieli" ;-) Ale lepiej się nie spieszyć, dopiero jak w pocie czoła się obszlifuje ów dyjament.
|
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez emigrant dnia 01-03-2007 o godz. 16:59:24 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Nic dodać nic ująć, po prostu dobre. Prawdą jest, że co poniektóre zdania, (szczególnie w pierwszej części) są nieco przydługie, ale nie zmienia to postaci rzeczy. Świetny pomysł i świetne wykonanie. Wszystkie gwiazdki, jak najbardziej zasłużone. Gratulacje!
Z poważaniem W.M. |
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez Inn dnia 01-03-2007 o godz. 22:28:33 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | j.w. oraz propozycja, by bordową zaczerwienić pozdrawiam
|
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez Jolibord dnia 04-11-2008 o godz. 19:51:41 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | | Drogi Emigrancie W.M.! A ja w tych "przydługich" zdaniach, w stylistyce pierwszej części widzę siłę języka tego opowiadania. Uśmiałam się setnie i proszę Żyjącego na Ziemi, by niczego tu już nie zmieniał. Nie pozwalam :-) Znam takie panie Bobrowe choćby z Suwalszczyzny i uważam, że już za "W imię Ojca" Autorowi słusznie należy się zielona gwiazdka. |
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez kankai (kankai@o2.pl) dnia 01-03-2007 o godz. 23:59:58 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | | Żyjący, rozwijasz się cudnie:)))) Czytam sobie ja ciebie z coraz większą empatią. Wrażliwość, wyobraźnia, nadrealność i nasza polska rzeczywistość - szczególnie istotna w kontekście bycia poza nią - czynią z Twojego pisania coś więcej... Uśmiechnęłam się, westchnełam i jestem ukontentowna szczerze. Więcej napiszę, jak czas znajdę i o ludzkiej porze... Pozdrawiam serdecznie |
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez angelina dnia 02-03-2007 o godz. 11:49:28 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Dobrze, dobrze napisane panie bobrze... co tu dużo mówić świetne opko, a sen (jak dla mnie) zdecydowanie najlepszy. pozdrawiam angelina.
PS te rozważania księdza Marka z początku zaczęły mnie nudzić, ale potem lepiej i fajnie w sumie wyszło. Całość na pięć z minusem - to tak aby autor w pierze nie obrósł.
|
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez adres dnia 06-03-2007 o godz. 09:43:29 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | No mówiąc szczerze to dawno nie czytałem tak dobrego opowiadania fantastycznego.
|
[ Odpowiedz na to ]
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez adres dnia 08-03-2007 o godz. 05:04:07 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Ojej, pytasz o trudne rzeczy. Nie wiem, nie znam się i nie będe udawał. A im lepszy tekst napiszesz, tym mniej osób bedzie mogło ci pomóc. To, co moge ci powiedziec, to to, że poprawiać można w nieskończoność i zawsze do czegoś sie tam będzie można przyczepić. Czasami perfekcja potrafi być wrogiem natchnienia i tego się strzeż, bo opowiadanie napisane jest z natchnieniem. To po pierwsze. Po drugie: każda cześc ma swoje plusy i minusy. Nie ma cześci zdecydowanie złej. Moim zdaniem najdoskonalsza jest część druga- za sam sposób, w jaki przedstawiasz bohatera i jego dwoistości rodzinno- biznesowe dałbym trzy gwiazdki. Jeśli chodzi o number 3- nie przesadzałbym z jej wagą. Czytałem Twój komentarz, że chciałaś skłonić czytelnika do zadania pytań postawionych przez ks. Marka, ale ja uważam, że prawdziwy ciężar tkwi w części 4. Opowiadanie w moim przekonaniu jest raczej o odrzuceniu- społecznym, i metafizycznym. Poczuciu obcości wobec ludzi i wobec Boga. Pytania zadane w części trzeciej są wyrazem tego odrzucenia, ale bynajmniej nie stanowią punktu ciężkości. Dla mnie przełomowe są pierwsze sceny snu: kiedy bohater miota sie pomiędzy chęcia ucieczki a postanowieniem przegryzienia tego przekletego drzewa. Bobry- ludzie- jego ulomne "androidowe" ząbki, którymi chce przegryźć coś, co inni przegryzają z taką łatwością. I zagrożenie. I heroizm pozostania. Jeżeli połączymy to z wiedzą o bohaterach z poprzednich części, uzyskujemy kapitalną wprost sytuację!
Dobre teksty cechują się m.in. tym, że dają się czytać na wiele sposobów. Ten tekst własnie taki jest. Po prostu pamietaj o tym, gdy zabierzesz się za korektę. Takie jest moje zdanie, skoro o nie zapytałaś. |
[ Odpowiedz na to ]
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ ~ *** (Ocena czytelników: 1) przez zyjacynaziemi dnia 08-03-2007 o godz. 20:50:21 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net | Hej!
Jak na osobę, która "nie zna się" napisałeś bardzo przyzwoity i sensowny komentarz :-) Dzięki! Podoba mi się też Twoja interpretacja. Fajnie, że zwróciłeś uwagę, że w końcówce są przedstawione perspektywy trzech różnych kategorii istot: zwierząt, ludzi, androidów... Pytając, co można poprawić, miałem na myśli sytuację, w której czytelnik czyta całość z zaciekawieniem i zadowoleniem, a na koniec mówi sobie: „No wszystko świetnie, ale gdyby bohaterka roześmiała się wtedy zaraz na początku, to byłoby już naprawdę super”. Tak czy siak opracowałem już nową wersję czterech pierwszych akapitów trzeciej części. Wklejam osobno poniżej. Mam nadzieję, że nic nie zepsułem. Może komuś będzie chciało się jeszcze skomentować.
Pozdrawiam.
|
[ Odpowiedz na to ]
|
|
NOWA WERSJA POCZĄTKU TRZECIEJ CZĘŚCI (Ocena czytelników: 1) przez zyjacynaziemi dnia 08-03-2007 o godz. 20:59:25 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net | I Ducha Świętego. Enter
Ksiądz Wójcik Marek, zamieszkały od miesiąca w drewnianej wikarówce na drugim końcu wsi pod lasem, wspinał się późno wieczorem na wzgórze niedaleko swojego domu, chrzęszcząc butami po twardym śniegu i kłując płuca mroźnym powietrzem. Od czasu do czasu spoglądał do tyłu na ostatnie wioskowe zabudowania, gdzie pożegnał się z ministrantami, dając każdemu część zebranych od parafian datków. W przerwach we wspinaczce patrzył również na kolorowe światła pobliskiego miasteczka, które w połowie zbocza zaświeciły się w dole nad wierzchołkami drzew. Przesuwał też przed oczami twarze i sylwetki odwiedzonych osób, i jeszcze raz wsłuchiwał się w ich słowa: wspominał szacunek, życzliwość, ciepło. Wiedział, że jako ksiądz nigdzie na świecie nie mógł liczyć na serdeczniejsze przyjęcie, a pracował już w wielu krajach i miał porównanie. Nie potrafił jednak się tym wszystkim cieszyć: zatruwała go myśl o tym, co za chwilę według wszelkiego prawdopodobieństwa miało się wydarzyć. Na samej górze w najwyższym miejscu w okolicy odwrócił się twarzą do ciemnej ściany lasu, zostawiając za sobą wszystkie ziemskie i ludzkie sprawy. Najpierw przez dłuższą chwilę oddychał głęboko. W końcu, gdy uleciała kłębiąca się para, rozłożył szeroko w nocnej ciszy ramiona, zapewniając sobie najlepszy odbiór, i podniósłszy wzrok na rozgwieżdżone niebo przełączył się w tryb Creator Contact. I jak co noc rozpoczął żmudną wędrówkę po podziałce częstotliwości swojego wewnętrznego odbiornika. Minimetr po minimetrze, cierpliwie i w skupieniu wsłuchiwał się na przemian w głuchą ciszę, w niezrozumiały galaktyczny szum i w głosy, co do których nie miał żadnej pewności, czy rzeczywiście pochodziły od Boga – niepotrzebnie wbudowany moduł uczciwości pytał go o ich źródła i metody ich weryfikacji. Jednocześnie kazał mu niestrudzenie ponawiać próby, choć ostatni raz kontakt z Centralą udało mu się nawiązać jakieś dziesięć lat temu, w rok po tym, jak rozpoczął pracę na swojej pierwszej parafii. Wcześniej, gdy wybierał życiową drogę powołania i służby, i podczas nauki w seminarium sygnał był silny i czysty, wręcz namacalny. Niestety, w miarę jak wchodził głębiej w skomplikowany świat ludzi, i paradoksalnie w miarę jak zaczynał go naprawdę w życiu potrzebować, zniekształcał się i stawał się coraz słabszy, aż w końcu zanikł zupełnie. Dobiwszy po około godzinie do końca skali wyłączył odbiornik i zaczął schodzić z góry. W tym miejscu na świecie, gdzie wiara ludzi była tak silna, mocna, niepodważalna, tak bezdyskusyjna czuł się ze swoimi problemami i wątpliwościami jak ktoś gorszy, jak grzesznik. A po takich dniach jak dzisiejszy myślał o sobie wręcz jak o bezdusznej maszynie, która sprawnie wykonała w kombinacie wszystkie przydzielone jej zadania: bez pytania o sens, posłusznie, bez przeszkadzających uczuć. Tak, jestem robotem w fabryce – biczował się w drodze na dół – w zasięgu mojej metalowej szczęki są tylko sprawy doczesne: pobieram je zaprogramowanym ruchem z taśmy, żuję mechanicznie na papkę i wypluwam za siebie jako równie doczesny, co nic nieznaczący, przemijający wynik. Jestem tylko androidem: zamkniętym w swojej świadomości jak w klatce, uwięzionym od lat w ciasnym kręgu ciągle tych samych spraw, zawsze daleko od eschatologicznego horyzontu, bez jakiegokolwiek autentycznego kontaktu z Transcendencją, która mogłaby ze mnie uczynić prawdziwego człowieka… A może Bóg obraził się na mnie za coś? – kpił, zapadając się miejscami w śnieg. Albo zwyczajnie zapomniał o mojej obecności na tej przeludnionej planecie? Lub może gra ze mną w jakąś wielką kosmiczną grę, tylko ja nie do końca rozumiem jej reguł? I ta przeciągająca się cisza znaczy na przykład Berek, teraz ty gonisz, a ja zamiast się bawić stoję na środku dużego boiska i wołam przestraszony po zmroku: Tato, chcę już do domu? A może Bóg umarł już gdzieś daleko, ale nikt nie powiadomił mnie o śmierci, bo nie zostałem uwzględniony w jego testamencie? Bo może mój Bóg był po prostu tylko Bogiem ludzi? I mnie jako ułomnej istocie drugiej kategorii pozostawało jedynie podziwiać ich męstwo w trwaniu w wierze mimo doświadczeń i przeciwności losu? Jeszcze kilka lat temu próbował się ratować, zwierzając się z trudności ludziom, w tym również swojemu proboszczowi. (...)
___________________
Całość opowiadania w nowej wersji (w innych częściach zmiany były tylko kosmetyczne) jest dostępna w sieci po adresem: http://krzysztofrozmus.net/opowiadania/0008-Po-koledzie.shtml [krzysztofrozmus.net]
|
[ Odpowiedz na to ]
Re: NOWA WERSJA POCZĄTKU TRZECIEJ CZĘŚCI (Ocena czytelników: 0) przez Anonimus dnia 10-03-2007 o godz. 13:27:23 | Ok, tylko jakby co, to nie życzę sobie znaleźć zdechłego kota na wycieraczce ;>
Częściowo lepiej, częściowo gorzej, ale na dobrej drodze ;-) Akapit pierwszy przez wymianę rozpuszczenia do domu na pożegnanie wygląda bardziej dramatycznie i ostatecznie. Przedstawieni parafianie w tej konfiguracji wzmacniają efekt.Jeżeli tak ma być, to potem zmieniłabym "przyjęcie" na słowo oddające raczej jakiś proces, współpracę, coś rozciągniętego w czasie. 'Przyjęcie' wywołuje u mnie lekki dysonans. (Z maleństw - o światłach lepiej, że "zaświeciły", bez "się".)
Drugi akapit bardzo mi się podoba. Ma namacalny klimat, zbliża do postaci, jakby się ks. Wójcikowi siedziało za plecami. Bardzo ładnie narysowane, zaletą jest konkret, opis sytuacji zamiast np. monologu wewnętrznego - to dodaje realizmu, siły oddziaływania. Zresztą konwencja jest bardzo wdzięczna, moim zdaniem.
Nie podoba mi się natomiast przejście z akapitu 1 do 2 i akapit 3, który w tym ułożeniu przybladł, a właściwie pokazał swoje wady - czyli przez kontrast z poprzednim (konkretnym) wydaje się wodnisty i co gorsza - łopatologiczny. Przy czytaniu pierwotnej wersji nie rzuciło mi się to w oczy, teraz natychmiast - skutek nowej konstrukcji. To Twój tekst i znasz go lepiej, ale mnie przychodzą dwie ew. możliwości teraz: albo opisanie mąk duchowych księdza przez działanie, rezegnacja z monologu (jakims tajemniczym sposobem udało się to świetnie w 2 akapicie), albo skrócenie, dodanie dynamiki zdaniom. Dokładnie chodzi o ten frag.:
Tak, jestem robotem w fabryce – biczował się – w zasięgu mojej metalowej szczęki są tylko sprawy doczesne: pobieram je z taśmy, żuję mechanicznie na papkę i wypluwam za siebie ich równie doczesny, co nic nieznaczący, przemijający wynik. Jestem tylko androidem – zamkniętym w swojej świadomości jak w klatce, uwięzionym od lat w ciasnym kręgu ciągle tych samych spraw, zawsze daleko od eschatologicznego horyzontu, bez jakiegokolwiek autentycznego kontaktu z Transcendencją, która mogłaby ze mnie uczynić człowieka. Tylko czy taki kontakt był w ogóle możliwy??...
Jest jakby nieco drętwy i odstaje od reszty ;-)
Ad. kładki między 1 a 2 teraz. Bardzo podobał mi się wcześniej ten kawałek: Męczyło go co innego: czuł się od swoich nowych parafian gorszy. I nie chodziło mu o grzechy, na które przecież starał się miłosiernie nie zważać, ale o wiarę jego ludu, która tutaj, znów jak nigdzie na świecie, była tak mocna, tak silna, tak niepodważalna, tak bezdyskusyjna. A on?
Natomiast nie podoba mi się teraz:
Nie potrafił jednak się tym wszystkim cieszyć: zatruwała go myśl o tym, co za chwilę według wszelkiego prawdopodobieństwa miało się wydarzyć.
Wiem, że to rozbija sposób w jaki teraz to rozstrzeliłeś, ale moim zdaniem, pierwszy fragment o wiele lepiej wyglądałby w miejscu tego zdania o truciu i ładnie wprowadzał do kolejnego akapitu. Teraz - mam wrażenie - zrezygnowałeś z kawałka dość urokliwego na rzecz łopatologii.
Podobnie akcent łopaty pojawia się tu: W tym miejscu na świecie, gdzie wiara ludzi była tak silna, mocna, niepodważalna, tak bezdyskusyjna czuł się ze swoimi problemami i wątpliwościami jak ktoś gorszy, jak grzesznik.
Tak więc ten fragment spaskudziłeś teraz, bo był ładny wcześniej.
Ogólnie - bardzo dobry ten akapit drugi, współgra świetnie z późniejszą wstawką o "Bóg z Tobą", nieco za mało dynamiki w monologu księdza (jakoś by to skróciś skondensować, to z berkiem potem też - bardziej oddają to o co chodzi te momenty kiedy się coś dzieje, ale odrobina wątpliwości księżych zapisana wprost chyba też potrzebna).
Acha, zginęło zdaje się zdanie o dobrym połączeniu ze stolicą apostolską - szkoda go.
Tyle jestem w stanie wycisnąć z siebie wrażeń - trudno porównać dwie wersje tego samego tekstu, ale mam nadzieję, że coś może pomoże ;-) Wrażenia bierz za czysto czytelnicze, nie znam się na konstrukcji w prozie. pzdr.
Kaptur Czerwony
|
[ Odpowiedz na to ]
[ Odpowiedz na to ]
Re: NOWA WERSJA POCZĄTKU TRZECIEJ CZĘŚCI (Ocena czytelników: 1) przez Rotkappchen dnia 11-03-2007 o godz. 07:47:01 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Dzięki ;-) Opowiadanie mi się wyjątkowo podoba, więc z przyjemnością...
Stronę masz ciekawą bardzo, trochę tam sobie poszpieguję w najbliższym czasie ;-)
pozdrawiam
|
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Re: PO KOLĘDZIE /opowiadanie/ *** (Ocena czytelników: 1) przez Jolibord dnia 04-11-2008 o godz. 20:29:02 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | | To opowiadanie jest jak stare dobre wino - z każdą upływającą chwilą zyskuje na smaku, a przecież dobre było już za pierwszym haustem. Gratulacje za tytuły poszczególnych części! A propos, przy pierwszej lekturze zachwycił mnie początek, później dołączyłam do fanów kolejnych części. Chętnie bym jeszcze coś poczytała o androidach... O ich rozterkach, pragnieniach, spełnieniach i niespełnieniach - może też trochę należałoby "podkolorować" język androidzki? Myślałeś o tym? |
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Comment 10 1611 (Ocena czytelników: 0) przez Anonimus dnia 10-11-2008 o godz. 16:10:51 | |
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Comment 13 1852 (Ocena czytelników: 0) przez Anonimus dnia 13-11-2008 o godz. 18:52:20 | | 2a759dd used 2007 saturn aura model index page 2fea [510.dumpster.az.pl"], lexus 350 es 466b [210.remand.az.pl"], tampa land rover dealer 27d87b [73.subthalamus.az.pl"], 2005 saab sedan c13a [111.unconcern.az.pl"], harvey ford service db2f4a [101.tameness.az.pl"], mercury outboard motors pricing e16 [292.oilfield.az.pl"], range rover g4 white c402cd [516.subthalamus.az.pl"], volkswagen cabrio reno nevada 926d [2.secretin.az.pl"], 2000 mercury cougar fuse box location 6de453 [183.oilfield.az.pl"], cheap european flights 7b429 [499.jorgensen.az.pl"], 1978 f 100 ford truck bed 4c8 [84.tameness.az.pl"], flights to dublin from liverpool 9072 [478.fluke.az.pl"], mercedes sl500 parts 12d8b9 [411.bout.az.pl"], volkswagen van de kolk garderen 845 [429.yokel.az.pl"], san jose mercury news employment be06 [365.oilfield.az.pl"], volkswagen vw a88 [428.secretin.az.pl"], volvo 240 dl main fuel pump 239880 [345.assiduity.az.pl"], saab 18 alloy wheels and tyres 59d0f [604.unconcern.az.pl"], |
[ Odpowiedz na to ]
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2009
e-mail: redakcja{małpiatka}portalliteracki.pl"
|
|
Zalecane rozdzielczości: 1024x800 do 1280x1024.
Strona zgodna z Opera (od 5), Mozilla (od 0.9.5) Netscape (od 5) oraz IE (od 4), ale IE lepiej nie używać.
|
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.
Copyright © 2005 by Francisco Burzi. This is free software, and you may redistribute it under the . PHP-Nuke comes with absolutely no warranty, for details, see the .

|
| |
|