Javascript Menu by Deluxe-Menu.com
Poezja i proza - Portal Literacki
  Zarejestruj się Strona główna  ·  Twoje konto  ·  Wyślij tekst  


Dzieła wybrane
· DŁONIE /wiersz/ * *
· Opowiastka z życia /felieton/ *
· O poezji i pewnym zagrożeniu /esej/ * *
· KOKON /wiersz/ *
· obojętność /wiersz/ *

[ Dzieła wybrane ]

Nowe recenzje

· ZAHIPNOTYZOWAĆ MARIĘ, Bach Richard, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Kwiatkowska Anita
· OFIARA W ŚRODKU ZIMY, Kallentoft Mons, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Błaszkowska Alina
· MOGLIBY W KOŃCU KOGOŚ ZABIĆ, wielu autorów, Oficynka, recenzent: Żygulska Justyna
· DEWIACJA, Cook Robin, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Lipski Bartosz
· I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ, Gilbert Elizabeth, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Żygulska Justyna
· INTRUZI, Marshall Michael, Albatros, recenzent: Cichowlas Robert
· OBCY ELEMENT, Zakirov Oleg, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Kwiatkowska Anita

[ RECENZJE ]


- - www.literacka.pl - - czyli książki fabrykantów i inne

Przeszukaj stronę



ZAPRENUMERUJ
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach w Serwisie podaj swój adres e-mail.

NA FORUM
Przeszukaj forum
 
[ Index ]
Ostatnie posty

Anonimowe komentarze - 2010-09-04 09:06Anonimowe komentar...
18 NUMER CEGŁY - ZBIERAMY TEKSTY - 2010-08-25 23:1618 NUMER CEGŁY - Z...
pijawka  - 2010-08-22 21:14pijawka ...
Literatura i umysł - 2010-08-22 17:34Literatura i umysł...
Magazyn Cegła na wakacje - 2010-08-21 16:04Magazyn Cegła na w...
Szukam autora tekstów piosenek - 2010-08-19 22:14Szukam autora teks...
SATYRYCZNY PIĄTEK - 2010-08-16 22:02SATYRYCZNY PIĄTEK...
Dziekuję - 2010-08-15 23:32Dziekuję...
No to się pochwalę, można? - 2010-08-08 00:45No to się pochwalę...
Rewolucja na Rynku Wydawniczym. Artyści niezależni w cenie - 2010-08-01 16:17Rewolucja na Rynku...

Powered by: Splatt Forum V 4.4.0!


REKLAMA



WSPÓŁPRACA













Epika: DŻEM NISKOŚPIEWAJĄCY /opowiadanie ćwierćabsurdalne/ ?
Wysłano dnia 09-03-2007 o godz. 12:41:08.

Opowiadanie Autor: Podpisany

Emil był introwertykiem, budzącym wśród napotkanych ludzi potrzebę zajęcia się wolontariatem, o powiekach górnych zakrywających więcej niż połowę rozszerzonej źrenicy w stanach emocjonalnych zbliżonych do miłości platonicznej. Pojechał do Stanów i wrócił po roku, bo spadł z rusztowania, ale może to i lepiej, bo praca przy ekologicznym azbeście niewiadomą była dla zdrowia ludzkiego do czasu zakończenia procesu obywatela USA, Keitha Rollopsa przeciw koncernowi Ecobest, produkującemu ekoazbest, czyli jeszcze przez jakieś pięć lat. A Emil nie miał tyle czasu, bo po pierwsze kulał, po drugie nie miał ochoty na oglądanie 200-kilowych okazów amerykańskiego programu narodowego odchudzania, a po trzecie coś mu nie grało, bo był introwertykiem.
Wrócił do rodzinnego Łaszczna bez dolarów, bo przez pomyłkę podpisał zamówienie na dostawę do Polski kontenera dżemu wysokośpiewającego Sweetheart. Tego, który śpiewał przebój Sweet baby, my baby, eat me now or I will die.

Łaszczno Dworskie. Pięknie rozpołożona między magazynami firm dystrybucyjnych a stawem rybnym szefa policji miejscowość z jednym kościołem zabytkowym (tym małym) i jednym kościołem nowym (tym dużym). W niewielkiej dzielnicy willowej mieszkał Emil z żoną Marią i jej rodzicami Howczycami. Po przylocie ze Stanów już tam nie mieszkał, bo nie przywiózł dolarów.
– Kochanie. Ten dżem sprzedaje się jak ciepłe bułeczki od Nowaczyka. Niektórzy zrobili na tym wielkie pieniądze – mówił Emil i nieśmiało można by było nawet postawić na końcu tego zdania wykrzyknik.
– Niektórzy może tak, ale ty na pewno nie. A Nowaczyk zbankrutował – odparła żona wyrzucając z balkonu pudło męża z modelami samolotów.
O bankructwie Emil nic nie wiedział, bo nie sprawdzał mejli – nie chciało mu, a szkoda, bo Nowaczyk był jego ojcem, który mieszkał w niewielkiej dzielnicy willowej razem ze swoim psem oraz już w tej chwili swoim synem.
Stary Nowaczyk splunął w kierunku sąsiedniej posesji:
– A niech was pochłonie po raz sto szećdziesiąty czwarty.
– Jak wyjeżdżałem do Stanów było sto dwanaście.
– Co ty wiesz o Howczycach, synu.
Gdy żyła stara Nowaczykowa, to Emil był podobno zakochany w córce sąsiadów Marii Howczyc – do momentu, gdy jej rodzicom handlującym sprzętem AGD się powodziło. Od momentu, gdy przestało się im powodzić, to podobno Maria była zakochana w Emilu, do czasu, gdy Nowaczykowie nie zamknęli księgarni w rynku. Wtedy Emilowi podobno znowu zaczęła się podobać Maria, bo jej rodzice ruszyli ze sprzedażą glazury i terakoty, a pobrali się, gdy Howczycowie dowiedzieli się, że Nowaczyk otwiera piekarnię, a Nowaczykowa umiera na nieuleczalną chorobę drobnomieszczańską.

– Tato nie martw się. Mam coś, co poprawi nam humor – Emil wyciągnął dżem wysokośpiewający o smaku maliny amerykańskiej modyfikowanej genetycznie i przekręcił wieczko do momentu usłyszenia klapnięcia.
W pokoju rozległo się wysokie i radosne a’capella taktowane wieczkiem stukanym wewnętrznie:

Sweet baby, my baby
Eat me now
Or I will die
Sweet honey, my honey
Take me right
Or I will fight

Love is in beetween you and me
Love is on a spoon so soon
Love is all what we need
You will love and I will feed


– Co myślisz, tato? – spytał z nadzieją w głosię Emil i czekał wymownym źrenic półpowiększeniem na słowa otuchy i pocieszenia, na coś w stylu „synu, uda się, musi się udać, a ja z całego serca będę ci w tym pomagać“.
– Idę do baru posłuchać Niepołomskiego, a nie coś to pyrkocze ze słoika.
Ten moment trwał wieczność, bo Emil musiał wszystko przeanalizować i rozpamiętać we wszystkich potencjalnych kierunkach cierpienia introwertycznego. W trzydziestej drugiej godzinie i siódmej minucie momentu poświęconego na celną ripostę, Emil powiedział:
– I tak nie mam nic innego do roboty.
Ojca jeszcze nie było, bo zapodział się pod stołem u kolegi Banasia, gdzie całą grupą z baru śpiewali największe przeboje sprośnej piosenki biesiadnej.

Dwa tygodnie później przyjechała do Emila ciężarówka, która nie zrobiłaby na mieszkańcach Łaszczna żadnego wrażenia (centrum dystrybucyjne), gdyby nie to, że była rozśpiewana, bo parę słoików w czasie podróży się rozszczelniło.
Po mieście szybko rozeszła się wieść, że Emil jest w separacji z Marią. Wiadomość o śpiewającym dżemie nie rozeszła się jako zbyt mało poważna, by dostąpić zaszczytu funkcjonowania w roli premium plotki łaszczyńskiej. Wtedy przyszła do Emila Klara, koleżanka ze szkolnego kółka modelarskiego, która zapisała się do kółka, bo miała duże poczucie humoru i jeszcze większą potrzebą związania się z tym lekko przestraszonym, pełnym ciepła introwertycznym młodzieńcem, ale on wtedy tego nie dostrzegał.
– Cześć, przyniosłam oddać ci ten słoik butaprenu, który pożyczyłam w osiemdziesiątym siódmym – powiedziała Klara i dla rozładowania napięcia zaczęła śmiać się zabójczo szczerym śmiechem.
– A dzięki – powiedział Emil, ale się nie zorientował, więc spytał tylko z grzeczności – A co u ciebie?
– A wiesz – zaczęła Klara i już wiedziała, że to nie ten dzień – już tu dłużej nie wytrzymuję w tej naszej zatęchłej łaszczynie. Wyjeżdżam do Pałaszowa Mazowieckiego. Jakąś pracę znajdę i się odbiję – powiedziała błagalnym tonem, licząc na szybką analizę Emila.
– Aha, no to cześć.

Parę dni później w miejscu Piekarni Nowaczyka pojawił się szyld z napisem Dżemy Śpiewające z Ameryki Nowaczyka. W czasie, gdy Emil mocował go do elewacji, przemknęła mu przez myśl konkluzja z rozmowy z Klarą, a było to w siedemdziesiąt dziewięć godzin i siedemnaście minut od spotkania. Złapał tylko końcówkę myśli, bo męczył się z kołkiem rozporowym, który specjalnie się skrzywił, żeby nie dać się wkręcić w coś, co według niego nie miało sensu. Było w tej końcówce coś takiego, że „nie o butapren...“. I przypomniał sobie też, że poznał Klarę wtedy, gdy... ał!... śrubokręt też się zbuntował.

Emil lubił schodzić do sklepu, gdzie dżemy witały go radosną amerykańską wiązanką przebojów. Otwierał wieka kilku słoików, dopóki zawartość się nie zepsuła, co nie było takie łatwe, bo genetycznie modyfikowane były nie tylko owoce, ale też organiczne naturalne substancje konserwujące.
Najczęściej zaczynały owoce leśne, bo piosenka Fruit lips jednoznacznie poprawiała humor Emila i dżemy dosyć szybko się w tym zorientowały. Potem przychodziła kolej na duet wokalny dżemu wielowocowego 250g i 500g, co wprowadzało nową jakość artystyczną w sklepie Nowaczyka, a brawurowe wykonane przez śliwkowy utworu Don’t leave me half full wieńczyła codzienne dzieło wyprowadzania introwertyczności Emila na relaksujący spacer psychiczny. Fakt: było to zupełnie inne doznanie niż wtedy, gdy schodził na dół na tuż przed otwarciem piekarni i witał go ojciec swojskim, niskim „no nie grzeb się tak, bo bułki czerstwieją od tego“.

Pierwszego dnia introwertyczny importer szczęścia w słoikach zadał sobie pytanie, które dla pamięci zapisał na kartce i przypiął pod ladą:
– Sprzeda się to czy nie?
Zaczęło się sprzedawać jak bułeczki od Nowaczyka – te z czasów, gdy nie były czerstwe. Przychodzili ludzie z całego miasteczka i słuchali przebojów i kupowali zauroczeni i drugi i trzeci kontener były w drodze, a Maria z sąsiedztwa była zielona ze złości, przez co całkiem nieźle kamuflowała się w środowisku zażywopłotowym.
Ale pewnego dnia przyszedł Rudolf, kolega Emila z wczesnej piaskownicy i powiedział:
– Słuchaj bracie, wiesz, dżem jest fajny, super się tego słucha, ale czy nie można mu zmienić melodii, a nie tylko Love bites?
– To jeszcze go nie zjedliście?
– Zjeść? Coś takiego, co śpiewa w czasie? Zwariowałeś. U nas to jest za radyjko, no i właśnie pytanie, czy nie można mu zadać, żeby nadawało radio, najlepiej Radio ŁD Hits 108,2 FM, bo wiesz moja Luiza tam pracuje, więc muszę mieć rękę.
– Nie da się.
– A to szkoda, bo pleśnieje.
– Przykro mi, może chcecie Sweet lips, malina amerykańska czyli?
– Zwariowałeś?!

Tak było przez następne tygodnie. Coraz mniej ludzi przychodziło i Emila nie były w stanie dobrze nastroić nawet cztery bisy Don’t leave me half full.
A Howczycowie otworzyli sklep Płacząca Szynka Howczyców i ludzie tam zaczęli chodzić z ciekawości, czy się sprzedaje. Stary Nowaczyk przepadł w barze Dwór Łaszczyński i nagadali mu, żeby Emila ustawił, bo z dżemow to się wyżyć nie da i żeby Emil do jakiejś konkretnej pracy poszedł, a nie te żarty żywnościowe.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Syn od bułek czerstwych miał zapaść. Patrzył przez okno tępym wzrokiem i wcale nie chciał, żeby ktoś się do sklepu pofatygował, żeby sprawdzić, czy aby na pewno dżemy są jeszcze w dobrym humorze, a nuż się coś popsuło i można by było o tym pogadać. Stał i patrzył na dachy domów i na te dojmująco przygnębiające magazyny tam hen w tle i rodziła się w nim złość.
– Może wyjechać? – pomyślał, gdy do sklepu wszedł nietutejszy.

– Hi, ty tu dobry shop masz? – powiedział polski Amerykanin, który był szefem jednego z magazynów. – Szpiewaj mi, a ja ci kupić to.
Emil otworzył z cztery słoiki, bo mu było wszystko jedno, a Polamerykanin zaczął śpiewać tak głośno, że się ludzie wracający z płaczącą szynką zainteresowali.

Pierwszy koncert polsko-amerykański odbył się w sklepie siedem dni później, a drugi i trzeci kontener Amerykanin wykupił na pniu, budząc tym zachwyt wszystkich kilkuset widzów, którzy chcieli poznać śpiew Amerykanina, lub krócej – chcieli poznać Amerykanina. Emil przypatrywał się widowni i kwaśniał w tempie szybszym niż najmniej trwałe z jego dżemów. Te sztucznawe uśmiechy i podrasowywane śmiechy, to wodzenie wzrokiem po sąsiadach i zapamiętywanie zachowań przedplotkowe. I Maria, która za wszelką cenę chciała zwrócić na siebie uwagę Polamerykanina gromkim śmiechem i pozą pełną pseudoseksualnego luzu podpatrzonego w telewizji satelitarnej.
Ale Polamerykanin zakochany był wyłącznie w sobie i chciał być jedyną gwiazdą wieczoru:
– To ja wam mówię, że w Stanach moich to są inne lepsze też dżams! Wy słuchajecie tylko minimum. Wy możecie więcej.
– Emilek, słyszysz, dawaj tu więcej! My nie gorsi! – krzyknęła Maria, patrząc cały czas na Polamerykanina, a widownia podchwyciła ton i zaczęła się wrzawa.
– Wy zamówicie mu Emila, żeby przyprowadził do Polski dżams niskośpewające, inne bo niskie są, dla nostalgicznych Amerykan, oni to kochają na północy Stanów moich.
Widownia doskonale podchwyciła intencje i wszyscy chcieli dżemu niskośpiewającego. Wtedy, gdy wszystkie oczy zwrócone były w stronę Emila – z wyrazem bezwzględnego oczekiwania na potwerdzenie – zauważył pod filarkiem inne oczy, szczere i bez pretensji. Do Klary należały i przypomniał sobie, że jak się poznali. Nie wtedy, gdy Nowaczykowie byli na wierzchu, ale wtedy gdy pod spodem.
– Pod spodem – pomyślał Emil i umiechnął się i nawet nie wiedział, że jego uśmiech był szczery i niewymuszony i jednoznacznie skierowany do Klary.
– Niech i tak będzie – powiedział i rozległy się brawa dla Polamerykanina, który wykonał na bis piosenkę See you next breakfast z towarzyszeniem dwunastu słoików żurawiny.
Po koncercie, a przed przejęciem przez Marię Polamerykanin podszedł do Emila i powiedział czystą polszczyzną:
– Zamów od razu dwa kontenery i pięć procent prowizji dla mnie od sprzedaży, rozumiemy się i pasuje, wspólniku? Tylko skonfiguruj partię na lament, a nie na smutek pozytywny, bo się tu u was nie sprzeda.

Przez następne tygodnie sklep był pełen oczekujących i wypytujących o niskośpiewający, co było o tyle łatwe, że nie trzeba było nic kupować. A Emil intensywnie o czymś myślał.
Na dwa dni przed drugim koncertem „John Palaczek śpiewa z towarzyszeniem śpiewających dżemów Nowaczyka“ przyszła Maria i powiedziała, że wszystko Emilowi wybaczyła i nawet powiedziała, że może do niej wrócić, bo wyżyją z płaczącej szynki, która sprzedaje się na kilogramy. Ale Emil wiedział, że to nie mogło być prawdą, bo sam kupił przez Rudolfa szynkę i jej nie zjadł, bo się rozczulił. I nawet jak ją wyrzucał na śmietnik, to cicho nuciła Hej wojaki, siadajcież do wieczerzy, dajcież mi okazyję jedyną.
– Co, Amerykanin się nie zainteresował? – spytał lakonicznie i Maria przewróciła półkę z truskawkowym, po czym wyszła obrażona, mówiąc:
– On gbur i ty też.

Trzy tygodnie później przyjechała ciężarówka dżemów niskośpiewających i ludzie zaczęli się już zbierać przed sklepem, żeby posłuchać, przyplotkować i odplotkować. Czekali z dwadzieścia minut, po czym z elewacji odpadł szyld, a z domu wyszedł Emil z dużą torbą, wsiadł do szoferki i rzucił:
– Jedziemy do Pałaszowa.
Z naczepy oddalającej się ciężarowki dało się jeszcze słyszeć nostalgiczną melodię śpiewaną pięknym niskim głosem:

Good-bye you stinkfruit
Don’t cry for me any more



 
Oceny artykułu
Wynik głosowania: 4.66
Głosów: 3


Poświęć chwilę i oceń ten artykuł:

Wyśmienity
Bardzo dobry
Dobry
Przyzwoity
Zły


Opcje

 Wersja do druku Wersja do druku


"Logowanie" | Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 5 | Szukaj
Komentarze są własnością ich twórców. Nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść.

R E K L A M A

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: DŻEM NISKOŚPIEWAJĄCY /opowiadanie ćwierćabsurdalne/ ? (Ocena czytelników: 1)
przez zyjacynaziemi dnia 09-03-2007 o godz. 23:47:53
(Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://krzysztofrozmus.net
Podobało mi się bardzo tak mniej więcej do połowy. Potem miałem wrażenie, że autor chce już do końca pojechać tylko i wyłącznie na śpiewającym dżemie. A na samym dżemie, jak wiadomo, daleko zajechać nie można. Innymi słowy apelowałbym o podobne skondensowanie różnych śmiesznych pomysłów jak na początku.
Poza tym nie znam piosenek, które zostały wykorzystane w opowiadaniu. Dla mnie byłoby śmieszniej, gdyby były to jakieś rozpoznawalne disco-hity.

Pozdrawiam.



Re: DŻEM NISKOŚPIEWAJĄCY /opowiadanie ćwierćabsurdalne/ ? (Ocena czytelników: 1)
przez borhes dnia 21-05-2007 o godz. 16:17:46
(Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość)
Kiedyś zdarzyło mi się czytać opowiadanie, w którym były śpiewające budynie... W każdym razie fajny pomysł, bardzo dobry pierwszy akapit tekstu, całość ciekawa.





Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2009
e-mail: redakcja{małpiatka}portalliteracki.pl"
Zalecane rozdzielczości: 1024x800 do 1280x1024.
Strona zgodna z Opera (od 5), Mozilla (od 0.9.5) Netscape (od 5) oraz IE (od 4), ale IE lepiej nie używać.

Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.

AntySpam | Walcz ze spamem! Kliknij tutaj!


PHP-Nuke Copyright © 2005 by Francisco Burzi. This is free software, and you may redistribute it under the GPL. PHP-Nuke comes with absolutely no warranty, for details, see the license.

Twoja strona na wyciągnięcie ręki